Telewizja France 2 przygotowała teleturniej, w trakcie którego gracza sadzano na krześle elektrycznym. Za błędną odpowiedź czekała go kara. Nie odebranie punktów, czy pieniędzy, ale... porażenie prądem. Wraz z napięciem emocji rosło napięcie elektryczne. Cała gra okazała się "montażem". A dla psychologów stała się okazją do analizy, do czego zdolny jest człowiek.

"Rażony prądem" był aktor, a przekładnie stopniujące napięcie nie były prawdziwe. Najprawdziwsza jednak była publiczność, która była święcie przekonana, że srodze karze zawodników. Jak to robiła? Z 64 uczestników wybierane było "jury", które decydowało, jakim napięciem zostanie potraktowany gracz.

"Wypuście mnie! Nie chce więcej grać!" - krzyczał płaczący aktor umieszczony w zamkniętym pomieszczeniu. Chociaż głośno błagał o litość, prezenterzy zachęcali jurorów, by traktowali go najwyższym wymiarem kary, który normalnie spowodowałby śmierć człowieka. Zadający "karę" byli z tego świadomi.

Tylko jedna piąta uczestników odmówiła w trakcie eksperymentu dalszego zadawania bólu konkurentowi. Mimo, że aktor grający torturowanego mężczyznę udawał, że traci przytomność i umiera. Autorzy "Gry Śmierci" chcieli pokazać, jak łatwo skłonić uczestników reality-show do przekraczania wszelkich barier moralnych.

Podobny eksperyment przeprowadzono w 1961 r.. Eksperyment Amerykanina Stanleya Milgrama pokazywał do czego są zdolni ludzie, z których ściągana jest odpowiedzialność i poddają się "autorytetowi" i rozkazowi. Milgram podzielił uczestników doświadczenia na dwie grupy. Jednak wtajemniczona w całą sprawę, odgrywała rolę rażonych prądem. Druga otrzymała nakaz rażenia. I dwie trzecie z tej grupy bez oporów korzystała z możliwości zadawania tortur.

mm/Wyborcza.pl/Interia.pl

/

Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »