Opisy te dość wiernie oddają atmosferę, w jakiej król oddał ducha, atmosferę mającą niewiele wspólnego z majestatem śmierci i ostatnich chwil ziemskiej wędrówki. Doskonale ukazał ją też mistrz Jan Matejko na swoim płótnie „Śmierć Zygmunta Augusta w Knyszynie” Dość powiedzieć, że skradziono skrzynię pełną klejnotów i kamieni szlachetnych, namiętnie kolekcjonowanych przez monarchę, którą dźwigać musiało sześciu mężczyzn. Ale nawet wtedy mało kto się spodziewał, że jedyny żyjący syn Bony Sforzy i Zygmunta Starego nawet po skonaniu spokoju nie zazna...
Doczesne szczątki króla przez prawie dwa miesiące, bo do 24 sierpnia, znajdowało się w Knyszynie. Potem zwłoki przeniesiono do podziemi zamku w Tykocinie gdzie czekać jeszcze musiały ponad rok, do 10 września 1573 roku. Ciało zabalsamowano, przedtem wyjmując z niego wnętrzności wraz z sercem, które złożono w osobnym sarkofagu, a ten umieszczono w drewnianym kościele stojącym niegdyś na knyszyńskim rynku. Na zorganizowanie szybkiego pochówku nie pozwalała sytuacja polityczna, a nikomu nawet przez myśl nie przeszło by zorganizowanie monarsze pogrzebu jedynie w obecności najbliższej rodziny i współpracowników. Ceremonia musiała być godna króla władającego jednym z najpotężniejszych krajów Europy. Było to zresztą sprzeczne z ostatnią wolą samego zainteresowanego, który życzył sobie by jego pogrzeb miał skromną oprawę.
W ostatnią drogę Zygmunt August wyruszył w wozie ciągnionym przez konie okryte czarnym suknem z haftowanymi królewskimi herbami. Orszak, a może stosowniej byłoby powiedzieć kondukt, prowadzony przez chorążego koronnego Bernarda Maciejowskiego ruszył w kierunku Warszawy zatrzymując się po drodze we wszystkich mijanych miejscowościach, króla witano biciem w dzwony a we wszystkich napotkanych kościołach odprawiano nabożeństwa żałobne. W samej Warszawie uroczystości zorganizowane przez siostrę Zygmunta, Annę Jagiellonkę, trwały dwa dni. Do Krakowa pochód dotarł 9 lutego 1574 roku, a uroczystości pogrzebowe odbyły się cztery dni później, 13 lutego. Długo można by opisywać ceremonię, jej wspaniałość i przepych, godną najwspanialszych władców i cesarzy. Zatrzymajmy się jednakowoż w tym miejscu i powróćmy do Knyszyna, tak ukochanego przez ostatniego z Jagiellonów.
Sarkofag z królewskim sercem stanął, co już było powiedziane, w knyszyńskim kościele. Drewniana ta świątynia erygowana została w 1520 roku i przetrwała nieco ponad sto lat. W roku 1623. Wtedy ją rozebrano i wybudowano większą, też drewnianą, która z kolei uległa zniszczeniu w czasie szwedzkiego potopu. Sarkofag przetrwał jednak te burze dziejowe, został bowiem wymieniony w spisie jaki sporządzono przy okazji wizytacji knyszyńskiej parafii w roku 1731, w którym widnieje obok drewnianych krzyży stojących na rynku w miejscu dawnego kościoła. Prawdopodobnie używany jako ołtarz był miejscem, w którym organizowano patriotyczne uroczystości i odprawiano msze w intencji ojczyzny, zwłaszcza kiedy ta znalazła się pod zaborami. Stał tam jeszcze na pewno 13 października 1823 roku, kiedy to białostocki komisarz ziemski w służbie rosyjskiego cara kazał zlikwidować pozostałości po kościele i przykościelnym cmentarzu. To ostatni pewny ślad po nim. Co się stało później nie wiadomo. Może uległ zniszczeniu? Może został ukryty przed zaborczymi władzami w obawie, że każą go zniszczyć by ślad po wielkości Rzeczypospolitej zatrzeć? Może spoczywa gdzieś w zapomnieniu czekając na tego, kto go odnajdzie i sprawi, że Zygmunt August z Bożej łaski król Polski, wielki książę litewski, a także książę ziem: krakowskiej, sandomierskiej, sieradzkiej, łęczyckiej, kujawskiej, kijowskiej, ruskiej, wołyńskiej, pruskiej, mazowieckiej, podlaskiej, chełmińskiej, elbląskiej, pomorskiej, żmudzkiej, inflanckiej etc., etc. powróci do swojego ukochanego Knyszyna.

