W ubiegłym tygodniu odbyły się wybory w dwóch krajach. W obu wygrali nacjonaliści. Jednak oba werdykty wyborcze, choć na pozór podobne, prowadzą swoje kraje w przeciwnych kierunkach.

Austria i Serbia, bo o nich mowa, są krajami, które znalazły się niejako w centrum kryzysu imigracyjnego. Oba kraje stały się swego rodzaju pomostem do raju, jaki obiecywała uchodźcom w Niemczech Angela Merkel. Obie wybrały inną postawę w obliczu nowej Wędrówki Ludów. Serbia pomagała imigrantom docierać do granic Unii Europejskiej, a nawet oferowała im azyl, Austria natomiast zaczęła grodzić swoje granice. Austriacy są dzisiaj w szoku z powodu zwycięstwa kandydata antyimigranckiej Wolnościowej Partii Austrii, Norberta Hoffera. Serbowie po raz kolejny dali pełnię władzy Serbskiej Partii Postępowej (nazwa jest myląca, partia powstała w wyniku rozłamu z nacjonalistycznej Serbskiej Partii Radyklanej) urzędującego premiera, Aleksandra Viczicia.

Długa droga do małej Serbii

Kraj, który uchodził dotąd za enfant terrible europejskiej polityki, jest dzisiaj wzorem dla liberałów. Serbia jest dzisiaj oficjalnym kandydatem do członkostwa w Unii Europejskiej i wydaje się najlepiej przygotowana z państw do niej aspirujących. Z większością dawnych republik Jugosławii ma dobre stosunki. Rządząca partia, powstała w wyniku rozpadu partii nacjonalistycznej, wydaje się zdeterminowana na drodze do integracji z Zachodem, nie psuje jednak kontaktów z Rosją czy Chinami. Antyzachodni politycy są raczej słabi. I to wszystko po krwawej wojnie, masakrach etnicznych i nalotach NATOwskich. Serbowie próbują dzisiaj odbudować swoje pozycję swojego państwa po naprawdę trudnych latach 90-tych.

Zrzucanie całej winy za wojnę w Jugosławii na Serbów jest nie do końca sprawiedliwe. Po II wojnie światowej Socjalistyczna Federacja została podzielona według kryteriów etnicznych, mocno osłabiając dotychczasową pozycję Serbii. Wydzielona z niej Czarnogórę, Macedonię i Bośnię, a z Kosowa i Wojwodiny stworzono obwody autonomiczne. Kiedy w latach 70-tych umarł spajający narody południosłowiańskie Josip Broz Tito, zaczęły narastać nacjonalizmy. Po upadku komunizmu Słowenia, Chorwacja czy Macedonia zaczęły być zachęcane do ogłaszania niepodległości. Serbowie, broniący swoich pozycji w etnicznych enklawach w Chorwacji, Bośni czy Kosowie, doprowadzili do szeregu brutalnych wojen i zachodniej interwencji, których bilans okazał się dla nich wyjątkowo niekorzystny, spychając ich do niedużego, śródlądowego państwa.

Powrót do Europy

Złą sytuację Serbii pogłębiła jeszcze polityka gospodarcza socjalistycznej ekipy Slobodana Miloszewicza. Zamiast reformować gospodarkę, starał się on utrzymać przy życiu państwowe molochy i uprzywilejowaną pozycję postkomunistycznej nomenklatury. Konflikt z Zachodem siłą rzeczy zbliżył prawosławnych Serbów do bliskiej kulturowo Rosji. Jednak nie posiadając wspólnej granicy, Moskwie nie było tak łatwo wspierać swojego sojusznika na Bałkanach. Tak naprawdę dla Rosjan rozpad Jugosławii był złowrogim memento dla ich własnej pozycji geopolitycznej. Nie byli oni w stanie wystarczająco wesprzeć sojusznika w walce z popieranymi przez Zachód Chorwatami czy Albańczykami. Dzisiaj słaba pozycja niegdysiejszego bałkańskiego hegemona, daje do myślenia, kiedy popatrzy się na rosyjską szarpaninę na Ukrainie, bardzo przypominającą walki w Chorwacji.

Serbowie zdali sobie sprawę z klęski idei Wielkiej Serbii. Znamienny jest fakt, że serbska elita polityczna, wywodząca się ze środowisk nacjonalistycznych, przyjęła kurs prozachodni. Podstawowym jednak problemem w integracji z Europą, jest kwestia Kosowa, nieuznawanej przez Belgrad republiki, staczającej się w odmęty politycznego i gospodarczego kryzysu. Nie granicząc z Grecją, Serbia uniknęła ostracyzmu, za zamknięcie szlaku bałkańskiego dla imigrantów, i ma mimo wszystko dobry PR w Brukseli. Zdając sobie sprawę z sytuacji geopolitycznej, Serbowie wydają się chcieć być dobrymi Europejczykami, oczywiście na swój sposób. Udało im się uniknąć konfliktów związanych z kryzysem imigracyjnym, czego bardzo obawiali się m.in. Niemcy. Jednak sytuacja etniczna na Bałkanach jest dziś nieco mniej napięta, co na pewno sprzyja dzisiaj nie tylko Serbom.

Potencjalny partner?

Można dzisiaj założyć z pewnym prawdopodobieństwem, że Unia Europejska mogłaby się poszerzyć niedługo o Serbię (oraz Czarnogórę i Macedonię). W ten sposób znaczna część dawnej Jugosławii znalazła by się znowu w jednym organizmie politycznym. Pamięć wojny z lat 90-tych wciąż jest silna, ale może istnieje szansa na zbliżenie Serbów z Chorwatami czy Słoweńcami. Ma to niebagatelne znaczenie w obliczu narastających problemów związanych z muzułmańską migracją i kryzysem w Grecji, które na nowo mogłyby rozsadzić Bałkany. Europejskie aspiracje Serbii mają też dla Polski duże znaczenie. Integracja z Zachodem mogłaby zmniejszyć w tym kraju resentyment prorosyjski, i tym samym osłabić geopolityczne plany Kremla. Jednocześnie, Serbowie mogliby się stać cennym sojusznikiem w polskiej polityce na arenie europejskiej.

Bartosz Bartczak