Zamieszanie wokół Juliana Assange’a pokazuje, w jak łatwy sposób państwo, którego naczelną ideą jest wolność i demokracja, może przerodzić się w organizm zwalczający wartości, na których zostało zbudowane.

Jak nie kijem go, to pałką. Nie udało się oskarżyć mieszkającego w Wielkiej Brytanii australijskiego założyciela Wikileaks o zdradę Stanów Zjednoczonych, to trzeba było uderzyć w niego wątpliwym oskarżeniem o gwałt na dwóch Szwedkach. Najprawdopodobniej rzekome wykorzystanie seksualne dwóch chętnych do baraszkowania Skandynawek będzie jedynie marginalnym wątkiem, a w rzeczywistości pretekstem do zemszczenia się na dziennikarzu.

To oczywiście nie wszystko. Także operatorzy kart płatniczych Visa i MasterCard, pod naciskiem USA, odmówili pośredniczenia w przekazywaniu pieniędzy donatorów na konta Wikileaks.

Zanim szanowny czytelnik zacznie bronić postawy Amerykanów, stwierdzając, że opublikowanie depesz było działaniem na szkodę Stanów Zjednoczonych i na korzyść konkurentów i wrogów tego kraju – a pośrednio także Polski – warto się zastanowić, po co demokratycznemu państwu dyplomacja. W ogólnym skrócie po to, żeby takie państwo liczyło się na arenie międzynarodowej, przez co jego obywatele mogli czuć się bezpiecznie.

Tylko jakoś tak dziwnie często zapominamy o tym, że potencjalnym zagrożeniem dla jednostki nie jest jedynie obcy rząd. Nawet częściej może być nim rząd własny. Co gorsza, ograniczenia wolności motywowane jest często... obroną tej wolności. Przykłady można mnożyć – najświeższym jest USA PATRIOT Act, który, na fali szoku po ataku terrorystycznym na World Trade Center, ułatwiał szpiegowanie służbom specjalnym amerykańskich obywateli. Kolejnym przykładem jest wprowadzenie na lotniskach uderzających w ludzką godność „porno-skanerów”.

Jeśli zgadzamy się na tego typu rozwiązania, oznacza to, że w celu bliżej nieokreślonych „wolności” i „bezpieczeństwa” pozwalamy się szpiegować i ingerować w najbardziej intymne sfery naszego życia. A odnosząc to do przypadku Juliana Assange’a: jeśli uznajemy, że wykorzystanie wątpliwej jakości oskarżeń do złapania człowieka oskarżonego o wykradzenie tajnych danych (okazuje się, że nie do końca tajnych, bo dostęp do nich miały ok. 3 mln Amerykanów) jest słusznym rozwiązaniem, to znaczy, że cel uświęca środki, a opowiastki o prymacie prawa nad dowolnością rządzących można włożyć między bajki.

Oczywiście można mieć zastrzeżenia co do działań twórców Wikileaks. Przedstawiając ważne (choć nie najważniejsze) sekrety amerykańskiej dyplomacji, pozbawiają państwo, któremu mimo wszystko bliżej do wolnościowo-demokratycznych standardów, niż Rosji, czy Irakowi, swoich atutów. Ponadto trudno powiedzieć, na ile te depesze są przedrukowywane w całości, nie są wyrwane z kontekstu. Nie zmienia to faktu, że histeria wokół Juliana Assange’a może budzić wątpliwości co do tego, czy rzeczywiście chodzi o bezpieczeństwo obywateli USA i innych państw, czy jednak o bliżej nieokreślone interesy decydentów. Jeśli pozwala się na deptanie podstawowych wartości, na których bazuje demokracja, pozostaje ona jedynie fasadą i ułudą, tkaną przez złotoustych propagandystów.

Stefan Sękowski

/

Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »