Dzisiejsze wybory do Kongresu w Stanach Zjednoczonych Ameryki odbiorą prawdopodobnie większość Partii Demokratycznej w Izbie Reprezentantów i Senacie. Obywatele USA mają coraz częściej dość polityki prezydenta Baracka Obamy, wspieranego w parlamencie przez swoją partię. Szczególnie niepopularny okazał się pakiet stymulacyjny oraz nowa ustawa zdrowotna.
Jednocześnie tegoroczna elekcja wskazuje także na to, że duża część Amerykanów nie chce powrotu do władzy neokonserwatystów spod znaku George'a W. Busha, skupionych głównie na ekspansywnej polityce zagranicznej, niewiele różniących się w sferze polityki wewnętrznej od Demokratów. Niemała część kandydatów Partii Republikańskiej uzyskała swoją nominację dzięki poparciu nieformalnego ruchu Tea Party. Ci zaś kandydaci, którzy dystansują się od „radykałów”, by zwyciężyć muszą choćby werbalnie prezentować także część ich postulatów.
Ten obywatelski ruch chce przede wszystkim ograniczenia wydatków publicznych i obniżki podatków, a także deregulacji gospodarki. Nie jest tajemnicą, że wielu aktywistów Tea Party to jednocześnie wierzący chrześcijanie, którzy chcą także, by państwo w większym stopniu przykładało się do swojego podstawowego obowiązku, mianowicie – ochrony życia swych obywateli, bez względu na ich wiek (choć moim zdaniem element społecznego konserwatyzmu w Tea Party jest przez niektórych polskich publicystów przeceniany). Jeśli więc Republikanie rzeczywiście wygrają wybory, Amerykanie będą mogli liczyć na blokowanie przez parlament co bardziej lewicowych inicjatyw prezydenta USA. A, gdy za dwa lata Barack Obama będzie musiał wyprowadzić się z Białego Domu (co jest coraz bardziej prawdopodobne), będziemy mieli być może do czynienia z prawdziwie konserwatywną (w amerykańskim tego słowa znaczeniu) rewolucją. Z którą nie będzie mógł równać się okres rządów Ronalda Reagana, któremu to prezydentowi Amerykanie w dużej mierze zawdzięczają swoje dzisiejsze zadłużenie.
Jednocześnie przesunięcie się Partii Republikańskiej, a wraz z nią prawdopodobnie także profilu przyszłych amerykańskich rządów, w kierunku mniejszej rozrzutności i odpowiedzialnego wydatkowania pieniędzy obywateli, jest częścią szerszego zjawiska. W wielu państwach Europy w tym roku wybory wygrały ugrupowania opowiadające się za zaciśnięciem pasa w obliczu kryzysu i za walką z deficytem budżetowym. Część z nich – by wymienić choćby Wielką Brytanię, Słowację i Węgry – swoje postulaty także realizuje. Nie spełniły się mroczne proroctwa zmierzchu kapitalizmu i liberalizmu gospodarczego, który miał nastąpić w wyniku kryzysu gospodarczego. Wręcz przeciwnie, coraz więcej ludzi widzi właśnie w małym państwie remedium na obecną, trudną sytuację.
Tą drogą idą Brytyjczycy, Czesi, Słowacy, Węgrzy, jutro prawdopodobnie będziemy mogli powiedzieć, że także Amerykanie. Na chwilę obecną my idziemy drogą „sprzeciwu wobec mrzonek ideologów” i „skupieniu się na dniu dzisiejszym” i nie wygląda na to, by się to szybko zmieniło. Tylko czy długo wytrzymamy jako „zielona wyspa” na błękitnym morzu „radykalizmu”?
Stefan Sękowski
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »

