Podczas sejmowej dyskusji na temat tragedii w łódzkim biurze PiS mieliśmy do czynienia z kanonadą cynizmu. Politycy przerzucali się oskarżeniami, obwiniając o spowodowanie zamachu na lokal albo en bloc całą klasę polityczną, albo swoich najbliższych przeciwników.
Sprawa jest jasna jak słońce i nie zauważyć oczywistych faktów może tylko ten, kto ich zauważyć nie chce: zginął współpracownik europosła Prawa i Sprawiedliwości. Nie SLD, PSL, PO, działacz Unii Polityki Realnej czy Polskiej Partii Pracy. Zbrodni dokonał nie anarchista nienawidzący wszystkich polityków jak popadnie, ale Ryszard C., który krzyczał, że nienawidzi PiS i chciał zabić Jarosława Kaczyńskiego. Tragedia oczywiście mogła wydarzyć się w lokalu innej partii politycznej, podobnie, jak mogła wydarzyć się w warzywniaku za rogiem. Ale wydarzyła się w biurze PiS.
Dlaczego więc w takiej sytuacji, zamiast zastanowić się, dlaczego atak miał miejsce tam, gdzie miał, „Gazeta Wyborcza” znów zajmuje się Jarosławem Kaczyńskim, jego kulturą dyskusji i stanem emocjonalnym? - To prawda, że Jarosław Kaczyński w ostatnim czasie zaostrzył ton wypowiedzi. Postanowił nie uznać demokratycznie wybranego prezydenta Bronisława Komorowskiego. I zażądał, by liderzy PO zniknęli natychmiast ze sceny politycznej – pisze Dominika Wielowieyska. Problem w tym, że „Gazeta Wyborcza” jeździ po liderze PiS jak po łysej kobyle nie od momentu katastrofy smoleńskiej, ale od kilkunastu lat. Zdziwienie nagłą przemianą polityka, który w latach 2005-2007 uchodził za potencjalnego dyktatora, jest wyrazem zwyczajnej obłudy. Obłudy, która wychodzi już w omawianym tekście. - Wydarzenia w Łodzi mogą popchnąć zwolenników PiS do wystąpień i zamieszek. Bo czują się osaczeni. Jarosław Kaczyński nie tylko ich nie zatrzyma, ale może stanąć na ich czele. I jest to sytuacja niezwykle groźna. Bo spokój społeczny jest kruchy jak porcelana – pisze publicystka. Tych pięciu zdań nie zastąpiła jednym („Jarosław Kaczyński niebawem będzie usiłował przeprowadzić zamach stanu”) prawdopodobnie tylko dlatego, że nie wyrobiłaby wierszówki.
- Lider PiS stał się politykiem nieprzewidywalnym. Przestał myśleć w kategoriach kalkulacji politycznej z powodu osobistego nieszczęścia, jakim była śmierć brata kładąca kres wielkiej politycznej wizji. Dalej już nic nie ma oprócz moralnego nakazu rozliczenia winnych katastrofy – czytamy w „Koalicji ciszy”. I dalej: - Jarosława Kaczyńskiego nie można dziś już traktować jak zwyczajnego polityka opozycyjnego. To już przeszłość – pisze Wielowieyska. Tak, jakby „Wyborcza” Kaczyńskiego kiedykolwiek traktowała jako polityka przewidywalnego, „zwyczajnego polityka opozycyjnego”, myślącego w „kategoriach kalkulacji politycznej”.
Publicystka „GW” rozwiązanie widzi w zamilczeniu lidera PiS na śmierć. - Odpowiadanie na słowa prezesa PiS, że każda krytyka jego partii będzie wezwaniem do mordu, po prostu nie ma sensu. Musi zostać ogłoszona ponadpartyjna koalicja ciszy wokół Jarosława Kaczyńskiego – czytamy. To bezczelna manipulacja; Kaczyński nie mówił o jakiejkolwiek krytyce, ale o „wpisywaniu się w wielką kampanię nienawiści do PiS”, o czym Wielowieyska doskonale wie, gdyż sama wcześniej stwierdziła, że „ Stefan Niesiołowski, Kazimierz Kutz i Janusz Palikot nie przebierają w słowach. A ten ostatni użył przenośni daleko wykraczającej poza dopuszczalne standardy, mówiąc o odstrzeleniu Kaczyńskiego". Ale abstrahując od tego, można radę dziennikarki streścić w słowach: jak nie kijem go, to pałką. Gdy się go wyzywa od najgorszych i używa wobec niego języka rzeźnicko-myśliwskiego, to się obraża. W takim razie nie będziemy się na jego temat w ogóle wypowiadać.
W swej ocenie zachowań Jarosława Kaczyńskiego Dominika Wielowieyska ma sporo racji. Tylko dopóki winni rozpętania kampanii nienawiści przeciwko PiS – o asymetrii w traktowaniu tego ugrupowania od lat piszą liczni publicyści, często bardzo krytyczni wobec Prawa i Sprawiedliwości – nie uderzą się w piersi i nie przeproszą, słowa dziennikarki „GW” będą w dużej mierze opisem skutków, a nie przyczyn zjawiska. Gdy w patologicznej rodzinie mąż-pijak tłucze żonę, a ta mu w końcu odda, wyprowadzi się z domu i nie chce z nim rozmawiać, nikt nie mówi, że „wina leży po środku”.
Stefan Sękowski
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »

