Jarosław Makowski w komentarzu dla naszego portalu wyraził zadowolenie z odrzucenia przez posłów projektu ustawy o zakazie zapłodnienia pozaustrojowego i manipulacji ludzką informacją genetyczną, autorstwa posłanki Teresy Wargockiej. Dodał też, że „fakt, iż oprócz najbardziej radykalnego posłowie przyjęli wszystkie projekty dotyczące in vitro, świadczy o tym, że sami tak naprawdę nie są pewni, jaki kształt powinna ostatecznie przyjąć ustawa bioetyczna. Chcą uważnie przyglądać się tej debacie, wsłuchiwać w głosy zwolenników i przeciwników różnych rozwiązań”.
Ogólnie rzecz biorąc w całym komentarzu dyrektora Instytutu Obywatelskiego często pojawiają się słowa „dyskusja” i „debata”. Ja jednak nie zauważam żadnej debaty na temat in vitro w Polsce.
Podstawy debatowania
Gdy byłem uczniem liceum, należałem do szkolnego klubu debat popperowskich. Rzeczone debaty nie miały charakteru luźnej dyskusji pomiędzy uczestnikami, w której każdy może powiedzieć, co mu ślina na język przyniesie. Drużyny broniące i atakujące tezę, będącą tematem sporu, musieli przytaczać argumenty, do których przeciwnicy musieli się odnieść. Jeśli któraś z drużyn pozostała głucha na argumenty strony przeciwnej, w oczach sędziów wypadała słabo, nawet jeśli jej argumenty wydawały się interesujące.
Gdy słyszę głosy Bronisława Komorowskiego, Ewy Kopacz czy Joanny Kluzik-Rostkowskiej w sprawie in vitro, przychodzi mi na myśl, że ówczesna reprezentacja mojej szkoły (by nie było, że się przechwalam – sam do niej nie należałem), rozniosłaby ich w proch i pył. Szczególnie widać to w ostatnich tygodniach, kiedy to politycy popierający dalszą legalność sztucznego zapłodnienia tą metodą są adwersarzami Episkopatu, który jasno i wyraźnie, szczególnie ustami przedstawicieli Zespołu Eksperckiego ds. Bioetycznych, wyraża zdanie Kościoła w tej kwestii.
Argumenty Kościoła...
Arcybiskup Hoser, jak i jego koledzy z zespołu, zdają sobie sprawę z wagi argumentów swoich przeciwników. Rozumieją, że wiele małżeństw z przyczyn zdrowotnych dzieci mieć nie może i że jest to dla nich prawdziwa tragedia. Ale jednocześnie zaznaczają, że chęć posiadania dziecka nie może usprawiedliwiać pozbawiania życia kilkunastu innych dzieci.
I na to Ewa Kopacz odpowiada, że przecież katolicy nie muszą z tej metody korzystać, a indagowana wczoraj przez dziennikarkę „Trójki”, że przecież episkopatowi chodzi tu o życie ludzkie, to odpowiada że fakt, iż na półkach sklepowych jest alkohol, nie oznacza, że każdy musi go pić i zostać alkoholikiem. Słowem – metodę in vitro sprowadza do postaci „victimless crime”, czyli „przestępstwa bez ofiar”, a więc czynu przez wiele osób, może nawet przez zdecydowaną większość społeczeństwa, uważanego za moralnie naganny i szkodliwy, ale jednocześnie przez prawo dopuszczalny, ponieważ osoba popełniająca owe „przestępstwo” nie krzywdzi osób trzecich.
Problem w tym, że Kościół twierdzi, iż właśnie krzywdzi. Katolicka nauka jednoznacznie określa poczęcie jako początek życia. Nie narodziny, nie zagnieżdżenie się zapłodnionej komórki jajowej w macicy, ale właśnie poczęcie. I niszczenie kilkunastu ludzkich zarodków po to, by urodzić mogła się jedna osoba – a to jest nieodzowne przy in vitro – jest wielokrotnym zabójstwem i nie powinno być dopuszczalne. Prawo do życia jest bowiem uniwersalne.
...puszczamy mimo uszu
Ja nie widzę innej opcji dla stwierdzenia, że poczęcie jest początkiem życia, ale być może ktoś widzi. Z tym, że jeśli chce udowodnić swoją tezę, że zniszczenie bądź zamrożenie pewnej liczby ludzkich zarodków jest dopuszczalne i powinno być przedmiotem wolnego wyboru każdego człowieka, to musi albo wykazać, że Kościół w kwestii początku życia się myli, albo że życie ludzkie na pewnych jego etapach jest mniej warte ochrony, niż na innych. Trzecia droga, czyli ignorancja argumentów Kościoła w tym zakresie i stwierdzenie, że nikt katolika nie zmusza do niszczenia zarodków, pociąga za sobą poważne konsekwencje. Nie tylko ignoruje uniwersalny charakter prawa do życia, jak je wykładają katolicy, ale także nadaje prawo do mordowania już narodzonych ludzi każdemu, kto „ma inne zdanie” niż Kościół w kwestii morderstw, pozwala na dokonywania gwałtów tym osobnikom, które mają „inne niż katolicy” podejście do kobiet i seksualności, a także grabienia tym, którzy nie podchodzą do własności prywatnej w sposób odpowiadający założeniom katolickiej nauki społecznej. To nie ma nic wspólnego z narzucaniem przez Watykan innym państwom swojej doktryny – tu chodzi o sprzeciw wobec zabijania niewinnych ludzi, co do którego zgadzają się przedstawiciele wszelkich światopoglądów, oprócz tych najbardziej odjechanych.
Politycy są głusi jak pień na argumenty Kościoła. Nie chodzi nawet o to, że się z nimi nie zgadzają – oni po prostu ich nie słyszą i nie przyjmują do wiadomości ich istnienie. Szkoda, że Jarosław Makowski w swoim komentarzu wpisuje się w ten nurt. Dopóki postawa zwolenników legalności in vitro się nie zmieni, trudno będzie mówić o "debacie", czy "dyskusji" na ten temat. Raczej o ignorowaniu stanowiska strony przeciwnej w wierze, że i tak sondażowa większość jest po naszej stronie.
Stefan Sękowski
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »

