W czasach komunistycznych jeden z najwybitniejszych znawców systemu sowieckiego, francuski myśliciel Alain Besancon, powtarzał, że „niezdolność zrozumienia radzieckiego reżimu jest główną przyczyną jego sukcesów”. Besancon ubolewał, że nie ma ani jednego kraju zachodniego, w którym w jednym czasie znalazłoby się więcej niż dziesięciu ludzi zdolnych zrozumieć fenomen sowiecki i potrafiących tę swoją polityczną wiedzę przełożyć na język zrozumiały dla ludzi.
Dziś najwybitniejsza uczennica Besancona, profesor historii na Sorbonie, Francois Thom uważa, że w obecnych czasach niezrozumienie Rosji na Zachodzie jest dużo większe niż było w okresie komunizmu. Elity polityczne i opinia publiczna w krajach zachodnioeuropejskich przekonane są, że Rosja wyrzekła się imperialnych ambicji i znajduje się na drodze demokratycznych przemian. Nie przyjmują one do wiadomości nawet tak oczywistych faktów, jak okupacja i aneksja przez Rosji części terytorium Gruzji.
Francoise Thom uważa, że fałszywy obraz Rosji jest skutkiem politycznej ślepoty, naiwności, nabierania się na rosyjskie sztuczki i samooszukiwania się zachodnich elit. Czy jednak to wystarczy? W czasach komunistycznych kluczową rolę odgrywali tzw. fellow travelers, czyli „pożyteczni idioci”, którzy urabiali zachodnią opinię publiczną, wmawiając jej, jakim dobrodziejstwem jest system sowiecki. Dziś Moskwa nie ma już ideologii, którą mogłaby oczarować zachodnich intelektualistów. Ma za to inne, znacznie bardziej przyziemne, ale skuteczne argumenty.
Już w latach 90. Federacja Rosyjska zatrudniła do reprezentowania swoich interesów na terenie Stanów Zjednoczonych największą w USA międzynarodową firmę adwokacką Baker and McKanzie. Gdy przedstawiciele Polonii w San Francisco oskarżyli władze rosyjskie o mord katyński, to przeciwko nim wystąpili najlepsi adwokaci z waszyngtońskiego oddziału Baker and McKanzie.
Rosjanie wynajmują też duże firmy PR-owe, by dbały o wizerunek ich kraju, a zwłaszcza kremlowskich władz, w przestrzeni publicznej krajów zachodnich. Są w tym konsekwentni. W czasach komunistycznych przy Akademii Nauk ZSRS istniał specjalny instytut zajmujący się podwyższaniem autorytetu sekretarza generalnego KPZS. Kreował on wizerunek genseka zarówno na użytek własnego kraju, jak i zagranicy. Dziś „na odcinku zagranicznym” Moskwa woli postawić na doświadczenie zachodnich specjalistów, dysponujących najnowocześniejszymi technologiami public relations.
Pośrednikami w tych usługach są najczęściej rosyjscy oligarchowie, którzy najchętniej wynajmują amerykańskie agencje, takie jak Barbour Griffith and Rogers czy Davis Manafort Co. Te ostatnie współpracują chętnie także z ukraińskimi oligarchami, takimi jak Dmitrij Firtasz czy Jurij Bojko. Rosyjski magnat aluminiowy Oleg Deripaska korzystał z usług firmy lobbystycznej założonej przez Boba Dole'a, byłego kandydata republikanów na prezydenta USA (przegrał w 1996 roku z Billem Clintonem). To właśnie dzięki pomocy Dole'a – jak donosi „Wall Street Journal” – Deripaska przestał być persona non grata w USA i został wykreślony z „czarnej listy” osób nie posiadających prawa wjazdu do Stanów Zjednoczonych. Usługa, jak twierdzi dziennik, kosztowała 560 tys. dol. Współpraca rosyjskich oligarchów z amerykańskimi lobbystami układała się zresztą pomyślnie także w innych przypadkach. Otoczenie Putina nie żałowało np. pieniędzy, gdy trzeba było przekonać administrację USA do uznania niepodległości Czarnogóry. Dziś to małe państewko, kontrolowane przez rosyjski kapitał, jest de facto przyczółkiem Kremla w basenie Morza Śródziemnego.
Warto więc uzupełnić odpowiedź Francoise Thom. Zachodnia opinia publiczna trwa przy fałszywym obrazie Rosji nie tylko dlatego, że się samooszukuje. Obraz Rosji na Zachodzie jest bowiem konsekwentnie kształtowany – za jej pieniądze i zgodnie z jej interesami.
Ros/Ukr/Bial
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »

