Tegoroczny Przystanek Jezus zakończył się. Jakbyś go podsumował?

 

- Osiągnęliśmy trzy ważne cele. Podczas I Kongresu Nowej Ewangelizacji dowiedzieliśmy się czym jest ewangelizacja i na czym ma ona polegać. To było takie przygotowanie teoretyczne. Jak zaczął się Przystanek Jezus, to zaczęliśmy to praktykować i wcielać w życie. Kiedy ludzie wracają do swoich środowisk i parafii, powinni mobilizować do ewangelizacji innych. Jest więc co robić po Przystanku.

 

Jakie są owoce, wasze świadectwa?

 

- Świadectw jest bardzo dużo, ale chyba wszyscy wspominają szczególnie dwa. Na świeckich ewangelizatorów niezwykła wrażenie wywarła wspólnota razem z biskupami, że można było rozmawiać z nimi jak ze zwyczajnymi ludźmi. Biskupi, których było z nami kilkunastu, to również potwierdzili, że porozmawiali sobie z młodymi, że ta wspólnota z nimi była odświeżająca, że odświeżyła ich wiarę w Kościele. To był Kościół, który zjechał się z różnych środowisk i stanów i poczuł się tutaj zjednoczony i wspólnotowy.

 

Jak przełamujecie barierę między dwoma różnymi światami? Były jakieś zgrzyty między przystankami?

 

- Przełamujemy tą barierę, bo chcemy zaprzyjaźniać się z ludźmi, którym mówimy o Bogu. Ta bariera jest między naszymi światami. Wiele osób na Przystanku Woodstock jest przecież ochrzczonych, choć może z uśpioną wiarą. Spotykają się więc ludzie i aktywni i uśpieni. Jedni drugim się dziwią. Jednak wielu przychodzi do nas, na teren aktywnego Kościoła, daje się namówić na wspólny taniec, rozmowy, proszą też o modlitwę i spowiedź.

Między przystankami Woodstock i Jezus jest bariera światopoglądowa, nawet przepaść i jesteśmy tego świadomi. Kiedyś jak próbowaliśmy się przekonywać do swoich racji to dochodziło tylko do słownych konfliktów. W tej chwili dajemy sobie wolność. Nie naciskamy. Kiedyś naciskaliśmy władze miejskie czy wojewódzkie, aby nie sprzedawano alkoholu, ale nic to nie dało, bo jest to dobry interes. Robimy więc swoje i po prostu ewangelizujemy na maksa.

 

Rozmawiał Jarosław Wróblewski