Przez nieco ponad pół wieku ułatwiali piotrkowianom życie codzienne, w równym jednak stopniu także mocno je uprzykrzali...

Złośliwie mawiano o nich rycerze bata, zaś ich pojazdy nazywano dryndami i pudłami. Piotrkowscy dorożkarze nie stronili od bitki i wypitki, siali panikę na trotuarach, z werwą zakłócali ciszę nocną, dawali schronienie ubogim kochankom i… rosły im rogi. Swego czasu, za sprawą morderstwa w dorożce nr 13, trafili nawet na szpalty ogólnopolskich gazet.

Mieszkańcom Piotrkowa gubernialnego i międzywojennego trudno byłoby sobie wyobrazić miasto bez dorożek. Stanowiły one, w owych czasach, podstawowy środek transportu i stały element miejskiego krajobrazu. Sami dorożkarze zaś tworzyli dość trudną do okiełznania grupę wśród lokalnej społeczności. Z jednej strony ułatwiali piotrkowianom życie codzienne, z drugiej jednak dawali się im we znaki. Skorzy do bitki i wypitki, za sprawą ułańskiej fantazji w powożeniu siali panikę na ulicach, zakłócali ciszę nocną i dość nagminnie bywali na bakier z dorożkarską taksą. Złośliwie mawiano o nich rycerze bata, ich pojazdy zaś określano niewybrednym mianem dryndy i pudła.

Pierwsze dorożki

W Piotrkowie dorożki pojawiły się stosunkowo późno. Gdy po ulicach pobliskiej Łodzi kursowały regularnie już od 1840 roku piotrkowianom przyszło na nie czekać jeszcze nieco ponad czterdzieści lat. W 1875 roku lokalny „Tydzień”, w numerze 23, utyskiwał na ich brak pisząc: „(…) miasto nie ma dorożek, (…) posiadaczami koni i wozów są tylko przedmieszczanie-rolnicy.” Sześć lat później na łamach tej samej gazety, w numerze 8, ukazała się pierwsza wzmianka dotyczącą piotrkowskich dorożek. Co prawda jest to skarga na brak jednolitej i określonej taksy dorożkarskiej, niemniej stanowi dowód na istnienie już tego rodzaju transportu w naszym mieście. „(…) jeden z naszych prenumeratorów – donosił wspomniany „Tydzień” – za przejażdżkę z Rynku przez Kaliską ulicę (obecnie Słowackiego, przyp. aut) do kolei i napowrót (pisownia oryginalna, przyp. aut) przed kościół Bernardyński – nie zatrzymując się nigdzie, jednokonnym sankom musiał zapłacić czterdzieści, wyraźnie czterdzieści kopiejek. Takie nadużycie (…) może i powinno być karane.”

Polacy i Żydzi

Do końca XIX stulecia i przez kilka pierwszych lat XX wieku Piotrków, jako stolica najbogatszej guberni carskiego imperium posiadał zaledwie dwa postoje dla konnych taksówek. Co ciekawe wśród dorożkarzy był zarysowany wyraźny podział na Polaków i Żydów. Postój tych pierwszych był zlokalizowany przy hotelu „Krakowskim”, na przeciwko kościoła Bernardynów, na placu dziś zwanym placem Kościuszki. Ci drudzy „parkowali” w samym centrum piotrkowskiego Starego Miasta. „Na Rynku Trybunalskim był postój żydowskich dorożkarzy. Było to dorożkarskie getto – pisał Zygmunt Tenenbaum w swych „Gawędach o dawnych Piotrkowie”. I dalej: „Wszystkie żydowskie dorożki były jednokonne, rzadko ogumione i źle utrzymane, choć wszystkie podlegały corocznemu przeglądowi policyjnemu. Dorożkarze byli przeważnie w wieku średnim, brodaci, pogodni, zażywni, rumiani, bo przesiadywali cały dzień na powietrzu: na koźle, kiedy wiozło się klienta, albo na miękkim pasażerskim siedzeniu, kiedy wyczekiwało się na postoju na Rynku Trybunalskim. Od strony zachodniej Rynku była żelazna studnia z rotundowatą, drewnianą obudową (…), stąd czerpano wodę dla dorożkarskich koni. Na postoju odpoczywał i odżywiał się koń i woźnica. Koniowi zawieszano na łeb worek z sianem lub obrokiem, a gospodarz rozwalał się na miękkim pasażerskim siedzeniu, gdzie spożywał obiad, który przynosiła mu żona. (…) Po obiedzie (…) kiedy nadal nie było klienta, dorożkarz ucinał sobie drzemkę lub wdawał się w rozmowę z innymi dorożkarzami. (…) Ale nie należy stąd wynosić, że dorożkarze zawsze tak sielankowo na postoju odpoczywali (…). Była to ferajna, jak ludzie spędzający cały dzień, a często i całą noc poza domem, do wypitki i do wybitki. Niejednokrotnie Rynek Trybunalski był areną zapasów skłóconych rycerzy bata”.

Trzeci postój dorożek został zorganizowany w Piotrkowie 1907 roku. Zlokalizowano go przy głównej ulicy miasta – Kaliskiej (obecnie Słowackiego), na wprost dopiero co wybudowanego gmachu sądowego. Zlikwidowano go w okresie międzywojennym. W zamian pozwolono „parkować” dorożkarzom po obu stronach placu Kościuszki.

Miejscem, do którego najczęściej kierowały się piotrkowskie dorożki był oczywiście dworzec kolejowy. Tutaj nie tylko przywożono pasażerów udających się w podróż koleją, ale również oczekiwano na tych, którzy tą koleją przybywali do miasta. Plac wokół dworca był przez lata nieoficjalnym postojem piotrkowskich dorożkarzy.

Od 1903 roku piotrkowskie dorożki, za dodatkową opłatą, na życzenie swych klientów, zatrzymywały się także na przystankach kolejki sulejowskiej („Tydzień” 22/1903).
W 1939 roku na terenie Piotrkowa było zlokalizowanych dziesięć postojów dorożek. Obok wymienionych dorożki można było spotkać również na placu Zamkowym, przy Pasażu Rudowskiego miedzy Halą Targową, a ulicą Tomickiego (dziś Próchnika), przy ulicy Żeromskiego tuż za zabudowaniami Gazowni Miejskiej (obecnie siedziba TBS), Sulejowskiej przy Starostwie, Żelaznej, Młynarskiej i Szerokiej.

Od 13 do 64 „pudeł”

Ile było dorożek w Piotrkowie? Początkowo niewiele. Ponad 30-tysięczny Piotrków na przełomie lat 80. i 90. XIX stulecia obsługiwało zaledwie 13 dorożek. Jednak wraz z rozwojem przemysłowym miasta ich liczba rosła. 20 konnych taksówek przybyło w Piotrkowie tuż po wzniesieniu na Bugaju Manufaktury Piotrkowskiej („Tydzień” 5/1896). Największy jednak boom dorożkarski miasto przeżyło w okresie międzywojennym. W 1939 roku w Piotrkowie liczącym przeszło 52 tysiące mieszkańców zarejestrowano 64 dorożki.

Na wzór Warszawy

Przez pierwsze lata funkcjonowania transportu dorożkarskiego w Piotrkowie nie istniały oficjalne przepisy regulujące zasady świadczenia tego rodzaju usług przewozowych. Podobnie wyglądała kwestia opłat. Pierwsze stosowny regulaminy w obu kwestiach zostały wydane przez Naczelnika Guberni Piotrkowskiej dopiero w 1889 roku. „Taksa dla dorożek piotrkowskich ustanowioną została – donosił „Tydzień” w numerze 49 wspomnianego roku. I tak korzystający z konnych taksówek musieli zapłacić: „(…) po kopiejek 15 za kurs w obrębie miasta; po kopiejek 25 na Bugaj, stacyję towarową i dworzec drogi żelaznej bez bagaży; po kopiejek 30 z miasta i do miasta z tegoż dworca z bagażem.” W treści opublikowanej taksy znalazły się również zapisy, iż: „Ceny te obwiązują podczas dnia; w porze nocnej podwyższają się o kopiejek 5, z wyjątkiem pierwszej pozycji. Nadto ustanowioną została taksa za jazdę na godziny; wynosi ona, tak w dzień jak w nocy kopiejek 50 za pierwszą godzinę, po kopiejek 30 za następne.” Wielkość opłat dorożkarskich utrzymywała się przez kilka następnych lat na tym samym poziomie. Zdarzało się jednak, że poprzez łamy lokalnej gazety (m.in. „Tydzień” 28/1891) piotrkowianie domagali się od władz gubernialnych, by wzorem Warszawy, podróżni korzystający z konnych taksówek płacili za bagaż ważący więcej niż pud (rosyjska jednostka wagowa równa 16,38 kg, przyp. aut.).

Co zaś się tyczy wymogów stawianych woźnicom i ich pojazdom to jak donosił „Tydzień” w numerze 51 w 1889 roku, wedle nowych przepisów dorożkarze tutejsi zobowiązani byli „(…) mieć porządne powozy, sanie i uprząż; odziewać się według stałej przepisanej formy; na powozach opatrzonych odpowiednim numerem mieć poprzybijane tabliczki z taksą za kursa jazdy, słowem zreformowani być mają na sposób warszawski. Dopilnowanie wykonania tego rozporządzenia powierzone zostało p. policmajstrowi.”

… i łódzkim zwyczajem

Myliłby się jednak ten, kto by sądził, że wraz z nastaniem oficjalnego cennika usług tutejsi „kierowcy” drynd nie próbowali wprowadzać własnych stawek kursów. „Niektórzy z naszych dorożkarzy zaczynają naśladować łódzkich i to z tych dawnych czasów, kiedy jeszcze wolno im było brać na kieł i lekceważyć taksę i pasażerów – pisał „Tydzień” w numerze 23/1895. I dalej następował opis poczynań lokalnych rycerzy bata – „Jeden oto z naszych znajomych (…) w dzień Zielonych Świątek (…) wsiadł do dorożki (…) i kazał się wieźć za przejazd kolei żelaznej, tuż za młynem parowym w domu Petrykowskiego; dorożkarz jednak nie chciał ruszyć z miejsca dokąd nie wytargował za ten niewielki wcale kurs kopiejek 25, jakkolwiek należało mu się, podług obowiązującej taksy kopiejek 15. Znajomy nasz zapłacił, bo innej dorożki (…) nie było, a interes miał nader pilny, zawołany jednak przezeń strażnik otrzymał polecenie spisania odpowiedniego protokołu.” Kilka lat później, dziennikarze tej samej gazety, na wieść o podobnych praktykach piotrkowskich fiakrów sformułowali dość zabawne określenie na owe czyny. Gdy tylko pojawiały się kolejne doniesienia o żądaniach zapłaty za kurs ponad taksę „Tydzień” grzmiał ze swych szpalt, że piotrkowskim dorożkarzom znów wyrastają… rogi.” („Tydzień” nr 38/1903).

Bandyckie porachunki

O dorożkach z Piotrkowa zrobiło się głośno w 1931 roku. Wówczas, za sprawą morderstwa, jakiego dokonano w pojeździe oznakowanym numerem 13, trafili oni na łamy ogólnopolskich gazet, w tym na szpalty słynącego z sensacyjnych doniesień „Tajnego Detektywa”. Ten bogato ilustrowany tygodnik kryminalno-sądowy w wydaniu 34/1931 dość obszernie opisał kulisy śmierci niejakiego Finkelsteina, Żyda, herszta lokalnej bandy, budzącej postrach w całym Piotrkowie. Zginął on od kul, wystrzelonych przez nieznanego sprawcę, właśnie w dorożce nr 13, przed swym domem u zbiegu ulic Jerozolimskiej i Starowarszawskiej, gdy wracał z zabawy tanecznej z pobliskiego Przygłowa. O dokonanie zabójstwa podejrzewano niejakiego Adama Kaczkę, konkurenta Finkelsteina do przywództwa w szajce. Winy jednak mu nie udowodniono. Materiał w „Tajnym Detektywie” zaś opatrzono dużą i wyraźną fotografią dorożki, w której Finkelstein stracił życie.

CZYTAJ DALEJ NA EPIOTRKOW.PL