Joanna Lichocka, z którą wspólnie robicie ten film, powiedziała, że nie powstał do tej pory żaden film o Lechu Kaczyńskim, że „w normalnym kraju, gdzie jest rzeczywisty pluralizm mediów i wolność tworzenia, takich filmów przez trzy lata od tragicznej śmierci prezydenta powstałoby już pewnie kilka”. Wy pierwsi podjęliście ten „zakazany” temat...
Tak, to właśnie nas zastanowiło, że nie powstał żaden film. Okazało się, że zdjęcia filmowe z prezydentem Kaczyńskim nie są wcale tak łatwo osiągalne. Można nawet powiedzieć, że jest pewne embargo na nie. Udało nam się jednak dotrzeć do zdjęć archiwalnych jeszcze z czasu działalności Wolnych Związków Zawodowych, lat 80-tych czy strajku w Stoczni Gdańskiej w 1988 roku, otrzymaliśmy też zdjęcia z telewizji gruzińskiej i z archiwum TVP. Muszę powiedzieć, że pozytywnie zareagowała Kancelaria Prezydenta i Sejmu, gdzie prowadziliśmy kwerendę.
Na czym polega embargo na filmowe zdjęcia Lecha Kaczyńskiego?
Są obecne, ale nie są pokazywane. Są pisane książki, ale nie ma filmów dokumentalnych.
Było coś niesamowitego w tych nagraniach, które znaleźliście.
Nie ma w tym jakiegoś sensacyjnego odkrycia. To było bardziej misterne tkanie z różnych opowieści, fragmentów filmów i fotografii. Często to, co nie jest spektakularne w obrazie dopełniała opowieść.
Ty znałeś Lecha Kaczyńskiego?
Tak, byłem w niezależnej ekipie filmowej, która była na strajku w maju i sierpniu 88 r. w Stoczni Gdańskiej. Lech Kaczyński był w grupie doradców. Miałem wtedy okazję spotkać go poza kamerą. Te zdjęcia weszły również do filmu.
Co jest treścią filmu „Prezydent”?
Chcieliśmy pierwotnie zrobić film o jego prezydenturze, jak bardzo zakłamywana była jego postać. Pokazać solidnego państwowca, który wyrastał z ducha Solidarności. Okazało się jednak, że nie można widzieć tej postaci bez kontekstu katastrofy smoleńskiej, bez tych ofiar. To jest więc wątek równoległy, który obecny jest w filmie.
Rozmawiał Jarosław Wróblewski
Film "Prezydent" będzie dostępny 10 kwietnia razem z "Gazetą Polską".
