Artykuł „Niezwyciężona Armia Czerwona” doktora filozofii, pracownika Instytutu Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego, Bogdana Dziobkowskiego (artykuł polskiego filozofa, opublikowany w zeszłym tygodniu w gazecie „Rzeczpospolita”, można przeczytać tutaj:Dlaczego pomnik czterech śpiących wciąż stoi w Warszawie) - sprawia wrażenie, jakby był próbą „docięcia” lewicowym i centrowym oponentom po niedawnym rozgromieniu prawicowców podczas wyborów do sejmu - i rzeczywiście nią jest. Tym razem za pretekst posłużyła decyzja o rekonstrukcji pomnika Armii Czerwonej. Szczerze mówiąc, w ciągu ostatniego ćwierćwiecza przychodziło czytać bardziej zaangażowane teksty, w których autorzy przy pomocy prostych manipulacji wyprowadzali eurointegrację niemalże z oświęcimskich pieców.

 

 

Pan Dziobkowski nie zniża się do takich bredni, za co należy mu się podziękowanie. Tak samo, jak za twierdzenie, że nikt nie wątpi w konieczność utrzymywania porządku na wszystkich żołnierskich grobach, czy to radzieckich, czy niemieckich. W rzeczywistości, sądząc po regularnym bezczeszczeniu pomników poległych żołnierzy Armii Czerwonej, nie wszyscy wyborcy Prawa i Sprawiedliwości wykazują się taką tolerancją, ale można to zrzucić na wyskoki pojedynczych zbyt egzaltowanych obywateli.

 

 

Podstawową tezą szanownego pana jest przekonanie o tym, że Armii Czerwonej nikt do Polski nie zapraszał, a wyzwolicielem Rzeczypospolitej rzeczona struktura nie mogła być z założenia. Bo na jej czele stał mroczny tyran Stalin, a jej pododdziały brały czynny udział w czystkach polskich obywateli.

 

Przyznaję – sam często zastanawiam się nad sensem śmierci dwóch milionów moich rodaków na europejskich polach bitwy. Niech by NSDAP prowadziła politykę jednej Europy według własnych wyobrażeń. Pamiętamy, że dla Polaków w tych planach miejsca nie było, ale po co zawracać sobie głowę drobnostkami? Za to na rodzinne zgliszcza wróciłoby znacznie więcej tych, którzy zginęli krok czy pół kroku od zwycięstwa.

 

Realia wojskowo-polityczne były takie, że na granice Generalnego Gubernatorstwa jako pierwsze wyszły formacje Armii Czerwonej. A żołnierzy nikt nie pytał o to, czy chcą iść wyzwalać Polskę, czy może mają inne plany. Tego typu pytania retoryczne ładnie wyglądają w rozważaniach filozoficznych. Ale to ten przypadek, gdy mądrzeniu się daleko do faktów jak stąd do nieba. Czwartego roku krwawej wojny żołnierze chcą już tylko do domu. Te dążenia podzielają i rekruci, i weterani. Dla przypomnienia: żołnierz Armii Czerwonej ruszał do ataku statystycznie nie więcej, niż trzy razy z rzędu. A tam – albo cię zranią, albo rodzina dostanie telegram o twojej śmierci. Walczących nikt nie pyta o kierunek następnego uderzenia, bo jest jasne, że tylko pełne zwycięstwo jest w stanie uratować świat przed szalonym planem budowniczych „aryjskiego raju”. Przecież nawet w połowie 1944 roku naziści nie przejawiali nawet najmniejszego zamiaru liberalizowania swojego reżimu. Zaczęli jedynie z większą ochotą powoływać w szeregi Wehrmachtu „podludzi” w związku z kolosalnymi stratami na froncie. To właśnie wyjaśnia zadziwiający fakt znalezienia wśród jeńców, wziętych przez wojska sowieckie, 60 tysięcy Polaków. To, nawiasem mówiąc, więcej, niż jeńców włoskich, trzeciego pod względem liczebności sojusznika Rzeszy na Froncie Wschodnim.

 

Nie ulega wątpliwości, że przy pomocy sowieckich bagnetów nie tylko wyzwalano od nazistów, ale i krzewiono socjalizm w tej wersji, która do tego czasu utrwaliła się w ZSRR. I nie ma sensu oglądać się na drugą stroną, która również umacniała nie abstrakcyjną demokrację, a właśnie ten wariant, który był bliższy rządom zachodnich sojuszników. W wyniku tego wyzwolenie Grecji płynnie przeszło w pełnowymiarową wojnę lewicy z wojskami królewskimi, wspieranymi czynnie przez Brytyjski Korpus Ekspedycyjny.

 

Fakt, że radzieccy żołnierze bronili nie tylko swojego kraju, ale i reżimu sowieckiego wraz z jego GUŁAGiem, NKWD, kołchozami i innymi nikczemnościami, jest jedną z największych tragedii w historii rosyjskiego narodu. Ale nie przekreśla to ani czynów żołnierzy i oficerów, ani tego, że likwidacja okupacji nazistowskiej była dobrem obiektywnym. Nawet w przypadku, gdy została ona zamieniona na sowieckie porządki. Takie podejście nie pasuje być może do satelitów nazistów – Węgier, Rumunii, Bułgarii i Chorwacji Ustaszów. Ale akurat Polska pod rządami Rzeszy nie miała ani cienia nadziei na autonomię i zachowanie przynależności narodowej. W tej kwestii Hitler i jego otoczenie wypowiadali się otwarcie wiele razy.

 

Co się zaś tyczy ofiar, poniesionych przez polską ludność z rąk sowieckich żołnierzy, to pan filozof nie ma powodu by powoływać się na rosyjskiego historyka i wspominać jedynie o akcji w Augustowie. Instytut Pamięci Narodowej jeszcze z zeszłym roku podliczył straty Polaków, poniesione w wyniku działań władz radzieckich w latach 1939-1949. Mowa o 330 tysiącach ofiar. To straszna liczba. Ale połowa XX wieku to nie najweselszy okres w historii cywilizacji. Reżim, który zamęczył na Syberii miliony swoich obywateli nie był skłonny do „eksportowania" pacyfizmu. I gdyby na pomniku znalazły się pochwały pod adresem „ojca wszystkich narodów”, nerwowa reakcja pana Bogdana byłaby nie tylko zrozumiała, ale i usprawiedliwiona. Próby usprawiedliwiania stalinizmu oceanem krwi, przelanej przez naszych żołnierzy na wojnie, nie mogą wywoływać innej reakcji, niż wstręt.

 

Ale na pomniku, który stał się przyczyną polemiki, pochwał pod adresem Stalina nie ma. Dlatego wszystko sprowadza się do niewyszukanej formuły: „Polska nie ma za co dziękować Armii Czerwonej”. Co w zasadzie oznacza lekceważący stosunek również do tych 600 tysięcy jej poległych żołnierzy, grobami których pan filozof proponuje się opiekować. Szkodliwa dla Polski struktura - w tym przypadku Armia Czerwona – nie może składać się ze wspaniałych, lub w gorszym wypadku – normalnych ludzi.

 

Po raz kolejny wracam do myśli o tym, że, uderzając w pomniki, autor publikacji celuje wyłącznie w swoich dzisiejszych politycznych oponentów. Przecież, oprócz Armii Czerwonej, nie podobają mu się również pomniki Wojska Polskiego. Oczywiście jako utworzonego przez ten sam sowiecki reżim. Byłby fajnie, gdyby Polskę zdołała oswobodzić Armia Krajowa. Ale jej się nie udało. I co teraz, restartować historię i zaczynać tę rundę od nowa? To możliwe tylko w teorii. Lub w takim szczególnym gatunku literackim, jak dość popularna „historia alternatywna”.

 

W rzeczy samej – zachowanie lub likwidacja pomników to wewnętrzna sprawa konkretnego społeczeństwa. Jeśli Warszawiacy lub stołeczne władze dojdą do wniosku, że w tym miejscu powinno się znaleźć monumentalne podziękowanie dla armii USA za wszystko, co zrobiła, mogła zrobić lub zrobi dla Polski - niech będzie i tak. To nie powód, by w rewanżu likwidować pomniki żołnierzy Wojska Polskiego, którzy swój marsz na Warszawę rozpoczęli na polach pod Smoleńskiem. W końcu nie trzeba na każdą głupotę odpowiadać głupotą. Chociaż pomnik przyjaźni rosyjsko-polskiej w bliskim mi Kaliningradzie ja bym, w kontekście tematu, rozpoczętego przez Bogdana Dziobkowskiego, również proponował zdemontować. Jaka to przyjaźń, gdy wojna z przeszłością u naszych zachodnich sąsiadów jest prowadzona z takim entuzjazmem, że ani końca nie widać. 

 

Władimir Abramow

Uniwersytet Kaliningradzki im. Kanta

 

JW/newsbalt.ru/Kresy.pl