Nowa zimna wojna prowadzona przez Władimira Putina ma na celu odwrócenie uwagi od aktualnych problemów ekonomicznych Rosji, ale problemów nie można wiecznie zamiatać pod dywan.
Co się stanie, gdy rosyjski kolos na glinianych nogach w końcu runie? Bo tajemnicą Poliszynela jest fakt, że właśnie tym jest obecnie Rosja. Putin działaniami wojennymi na Ukrainie starał się odciągnąć uwagę społeczeństwa od ekonomicznych błędów Kremla i zbytniego uzależnienia kraju od eksportu gazu i ropy naftowej. Ale jak długo retoryka wojny i konfliktu może służyć ukrywaniu ewidentnych bolączek systemu ekonomicznego.
Wielu ekspertów przepowiada, że niebawem w Rosję uderzy kryzys głębszy od tego, który kilka lat temu dotknął Stany Zjednoczone. Choć oficjalnie bezrobocie w Rosji jest bardzo niskie, jego realna stopa może wynosić nawet 29%. Wszystko za sprawą faktu, że wielu Rosjan dziś co prawda chodzi do pracy, ale nie pobiera za nią wynagrodzenia.
Gdyby obecne problemy szybko minęły, władza Putina byłaby niezagrożona. Obecnie cieszy się on przecież aż 80% poparcie wśród obywateli. Jednak nic nie wskazuje na złagodzenie obecnej polityki, która uciska tamtejszych przedsiębiorców i hamuje wzrost gospodarczy. Dodowem na to może być sytuacja rosyjskich producentów żywności i samochodów, których sytuacja po dwaluacji rubla i wprowadzeniu zakazu importu zachodnich dóbr do Rosji wcale się nie poprawiła. Produkcja żywności wzrosła tylko o 0,4%, a samochodów spadła tam (!) aż o 28%. Poziom inwestycji w ostatnim kwartale spadł zaś w tym kraju o 8,4%.
Gołym okiem widać więc, że Putin powinien wprowadzić bardziej liberalną politykę gospodarczą. Co więcej, złagodzenie sankcji wobec Rosji również przyczyniłoby się do poprawy tamtejszej gospodarki. A to jest na rękę wszystkim, również nam. Bo chyba nikt nie chce kolejnego globalnego kryzysu.
emde/forsal.pl
