Adam Eberhardt, Dyrektor Ośrodka Studiów Wschodnich, w rozmowie z Energetyka24.com stwierdza, że Władimir Putin stara się zastraszać europejskie elity i społeczeństwa, generować na Zachodzie podziały, a w rezultacie wymuszać ustępstwa. Zdaniem analityka to swoista strategia szaleńca, „madman theory”, znana z epoki Richarda Nixona.

Piotr Maciążek: Czy utrzymujący się niski poziom cen ropy i zachodnie sankcje wymierzone w rosyjski sektor naftowy zmuszą Kreml do poszukiwania porozumienia z Zachodem? A może odwrotnie – doprowadzą do konsolidacji Rosjan i eskalacji politycznej na linii Moskwa-Zachód i stąd narracja o nowej ziemnej wojnie?  

Adam Eberhardt: Nie spodziewam się ani totalnej zimnowojennej konfrontacji Rosji z Zachodem, ani też nie oczekiwałbym trwałego odprężenia, bez względu na cenę ropy czy dokuczliwość sankcji. Władze rosyjskie po prostu prowadzą niekończące się, obliczone na wyczerpanie pertraktacje z państwami zachodnimi, w jednej ręce trzymając kij, a drugą wyciągając w geście zaproszenia do rozmów. Przy czym Rosja jest wprawdzie w stanie demolować dotychczasowy porządek międzynarodowy, ale jednocześnie jest zbyt słaba, żeby narzucić Zachodowi własne reguły gry. Skazani jesteśmy zatem na przeciąganie liny. Bez najmniejszych szans na znalezienie punktu równowagi – czym bardziej państwa zachodnie, w imię upragnionego świętego spokoju odpuszczą Putinowi, tym więcej on zażąda, sprowokowany ich słabością.  

Moim zdaniem nie ma trwałej, jednoznacznej korelacji między ceną ropy naftowej a agresywnością rosyjskiej polityki zagranicznej. Kryzys gospodarczy może zarówno zmniejszać gotowość do działań awanturniczych -bo każdy konflikt kosztuje-, jak i skłaniać do nich -bo igrzyska zamiast chleba-. Ważna jest raczej podatność partnerów Rosji na bluff imperialny Kremla. Władze rosyjskie starają się zastraszać europejskie elity i społeczeństwa, generować na Zachodzie podziały, a w rezultacie wymuszać ustępstwa. Dobrze służy temu suflowana w europejskich mediach histeryczna kremlowska retoryka nadciągającej zimnej wojny i rzekomo nieprzewidywalnego Putina. To strategia szaleńca, „madman theory”, którą wcześniej stosował m.in. Richard Nixon. Tyle że dzisiejsza Rosja ma znacznie słabsze karty, więc i rachunek za bluff może okazać się wysoki. Konsolidacja państw zachodnich po rozpętaniu wojny przeciw Ukrainie, w tym nałożenie na Rosję sankcji, ostrzejszych niż można było przewidywać, to dla Putina sygnał ostrzegawczy, że sprawy idą w przeciwnym kierunku niż zamierzał. Dlatego w rosyjskiej polityce wobec Ukrainy obserwujemy czysto taktyczną odwilż.

Rachunek za bluff może być wysoki, ale z drugiej strony to także ogromne zyski dla Putina jeśli wyprowadzi swoich przeciwników na manowce. Czy narracja o współpracy antyterrorystycznej z Zachodem jest takim bluffem? 

To trwały element rosyjskiej oferty dyplomatycznej. Retoryka antyterrorystyczna miała służyć wyciszeniu wyrzutów sumienia Zachodu gdy Kreml rozprawiał się z separatyzmem czeczeńskim; stanowiła platformę zbliżenia zarówno ze Stanami Zjednoczonymi po zamachach z 11 września, jak i z Chinami w ramach współpracy szanghajskiej na obszarze Azji Centralnej. Terroryzm to słowo-wytrych – również dogodny pretekst, żeby ograniczać działalność społeczeństwa obywatelskiego, czego najnowszym przejawem jest delegalizacja krymskotatarskiego samorządu, Medżlisu, na okupowanym Krymie. 

Hasła antyterrorystyczne w ostatnich miesiącach były przykrywką dla rosyjskiej operacji wojskowej w Syrii, wymierzonej bynajmniej nie w terrorystów, ale umiarkowaną opozycję antyassadowską. Ostentacyjny rozdźwięk między deklaracjami Putina, a czynami jego armii jest źródłem coraz powszechniejszej na Zachodzie refleksji, że Rosja jest źródłem problemów, a nie rozwiązań. I nie jest to przekonanie wyłącznie elit, ale podzielają je również społeczeństwa. Najnowsze badania niemieckiej opinii publicznej, przeprowadzone przez Fundację Bertelsmanna oraz Instytut Spraw Publicznych, wskazują, że zaledwie 24% Niemców pozytywnie postrzega działania rosyjskie w Syrii, a aż 66% negatywnie. 

No dobrze, ale oprócz polityków i społeczeństw jest jeszcze świat biznesu. Czy nachalna promocja „liberała”, ale i człowieka rosyjskiego establishmentu, Aleksieja Kudrina, może być skutecznym bluffem? Mam na myśli próbę powielenia scenariusza modernizacji gospodarczej, „reform” epoki Dmitrija Miedwiediewa.   

Każdy autokratyczny reżim potrzebuje zarówno skrzydła konserwatywnego jak i wyrazicieli poglądów bardziej liberalnych. To pozwala budować wizerunek przywódcy jako rozjemcy, zwiększa wrażenie pluralizmu w ramach elity. Nie twierdzę rzecz jasna, że w ramach zaplecza Kremla nie ma napięć między różnymi koteriami – ale nie dotyczą one natury reżimu, ale raczej taktyki działań oraz oczywiście naturalnej konkurencji o zasoby finansowe i udział we władzy. 

To bynajmniej nie oznacza, że brylujący w Davos „liberał” Kudrin jest mniej lojalny wobec Putina niż na przykład twardogłowy Rogozin. Wręcz przeciwnie – wydaje się, że Kudrin jest bardziej zaufany, osobiście bliżej związany z Putinem, dlatego też dostał trudniejsze zadanie. Ma odgrywać rolę placebo – ma pozorować liberalizację systemu dla rosyjskiej klasy średniej oraz świata zachodniego. Będzie wspierać zabiegi o zniesienie sankcji, służyć przyciąganiu zachodnich inwestycji do schorowanej rosyjskiej gospodarki oraz ociepleniu wizerunku Putina w obliczu wyborów prezydenckich za dwa lata. Nie zdziwię się, jeżeli Kudrin zastąpi na stanowisku premiera Dmitrija Miedwiediewa, którego pseudoreformatorski blask wyraźnie przygasł. 

CZYTAJ WIĘCEJ NA: defence24.pl