W wyniku nalotów prowadzonych w Syrii zginęło przynajmniej 50 cywilów, w tym dzieci. Zrzucane z samolotów bomby trafiały w szkoły i szpitale. Waszyngton oskarżył o sprawstwo Rosję.
Do bombardowania doszło na północy Syrii. Jak podaje Organizacja Narodów Zjednoczonych, zginęło w ich wyniku około 50 osób, w tym dzieci. Znacznie większa liczba ludzi została ranna. Bomby trafiły przynajmniej pięć obiektów medycznych oraz dwie szkoły w okolicach Aleppo i miejscowości Idlib. Sekretarz generalny ONZ Ban Ki Moon potępił te ataki jako "jawne łamanie prawa międzynarodowego".
Sprawę skomentował też Waszyngton. Amerykańskie ministerstwo spraw zagranicznych obarczyło odpowiedzialnością za zniszczenia szpitali i szkół rząd syryjskiego prezydenta Baszara al-Assada oraz wspierające go siły rosyjskie.
Tylko w miejscowości Asas w pobliżu granicy tureckiej życie straciło 14 osób, gdy rakiety uderzyły w szpital dla dzieci oraz niedziałającą już szkołę przy obozie dla uchodźców. Według doniesień jednego z lokalnych lekarzy w nalocie zginęło przynajmniej dwoje dzieci.
Kolejne bomby spadły na szpital prowadzony przez organizację "Lekarze bez granic". Zabito siedmiu pracowników tejże oraz jednego pacjenta. Dalszych osiem osób zaginęło.
Rosja broni się przed zarzutami, twierdząc, że bombardowały Stany Zjednoczone lub powiązane z nimi siły.
hk/Frankfurter Allgemeine Zeitung
