Fronda.pl: Jak Pani ocenia przebieg wyborów na Białorusi?
Agnieszka Romaszewska-Guzy, dyrektor Biełsat TV: Oczywiste było, że Aleksander Łukaszenka będzie się starał utrzymać przy władzy, że będzie chciał sfałszować te wybory. Jednak nie do przewidzenia było, że zastosuje tak brutalną siłę wobec kontrkandydatów i opozycji. Wydawało się, że w ramach umizgów z Europą będzie się zachowywał bardziej umiarkowanie, że będzie się liczył z Zachodem. Okazało się jednak, że zachował się zupełnie odwrotnie.
Czy Pani zdaniem ma on poparcie większości Białorusinów? W mediach wciąż można usłyszeć takie opinie.
Myślę, że sytuacja na Białorusi jest dobrym momentem, żeby skończyć z mitem szerzonym w mediach. Rzeczywiście powtarza się nam, że Białorusini popierają Łukaszenkę. Gdyby jednak tak było, to Łukaszenka nie musiałby ich tak pałować. Bo i tak by go wybrali. Koncepcja, że stosuje on obecnie dzikie represje, naraża swoje stosunki z Unią, tylko po to, by poprawić swoje poparcie z 60 procent do 80, jest nieporozumieniem. Jeśli rzeczywiście miałby on poparcie większości, to nie zdecydowałby się na tak ostre represje wobec opozycji. Jedynym ich uzasadnieniem jest strach przed swoim narodem. Wczoraj w Mińsku w 15-stopniowym mrozie w ciągu zaledwie dwóch godzin zebrała się 20-tysięczna manifestacja. To nie świadczy raczej o szczególnym zadowoleniu i miłości społeczeństwa do swojego przywódcy. Mam już dosyć słuchania, że Białorusini i tak by wybrali Łukaszenkę, że ma on poparcie swojego społeczeństwa. Jakby mieli go i tak wybrać, to po co on to robi?
Opozycja jest już na tyle silna, żeby odebrać mu władzę?
Łukaszenka na pewno sam nie ustąpi. Jednak on się już wszystkim przejadł. Nam się ciągle podaje wiadomości sprzed 5, czy nawet 10 lat. Komentatorzy zostali w tyle – serwują nam bardzo często zupełnie nieaktualne analizy. Korespondenci zachodnich mediów zachowują się jakby dekadę temu zasnęli i dopiero teraz się obudzili. W krajach tych wciąż widoczny jest brak zainteresowania Białorusią. Nikt tam nie zastanawia się, jak sytuacja w tym kraju dokładnie wygląda. Opozycja białoruska nie jest silna, jest słaba.
Może pomogłoby jej wystawienie jednego kandydata?
Gdyby w wyborach startował jeden kandydat, a nie siedmiu, to by go władza nie pobiła, nie rozbiłaby demonstracji z nim na czele, nie włamałaby się do jego lokalu? Wszystko potoczyłoby się zapewne tak samo. W tej zaostrzonej sytuacji zjednoczenie opozycji nie miałoby większego znaczenia. Ono ma oczywiście znaczenie dla dalszego funkcjonowania opozycji, ale w tym wypadku bym tego nie przeceniała.
Jak Pani ocenia politykę Unii wobec Białorusi?
Myślę, że te wybory można uznać za klęskę polityki Unii Europejskiej wobec Mińska. Również przed tymi wyborami Unia Europejska nie wsparła żadnego kontrkandydata Łukaszenki. Wspólnota skupiła się na razie na dawaniu Łukaszence marchewki. O kiju zapomniano. Nastąpiło nawet przekarmienie Łukaszenki marchewką. Efekty tego widać było wczoraj. Gdyby w wyborach startował jeden przeciwnik Łukaszenki, Unia też by nie poparła go w sposób zdecydowany. Pogadałaby trochę, ale nic szczególnego by się nie stało. Krytyka opozycji, że nie ma jednego kandydata na Białorusi, to było raczej usprawiedliwienie dla bezczynności dyplomacji europejskiej, a nie realna przyczyna czegokolwiek. Oczywiście lepiej byłoby, gdyby opozycja była zjednoczona.
Czy Pani zdaniem polityka Unii wobec Mińska zmieni się po tych wyborach?
Zmiana w polityce Unii wydaje mi się nieuchronna. Jeśli nic się nie zmieni, będzie to świadczyć bardzo źle o Unii. Oznaczało to będzie, że Wspólnota nie wie, o co jej chodzi w polityce wobec Białorusi. Wydaje mi się, że tymi wyborami Łukaszenka spalił sobie mosty.
Pytanie tylko, w jaki sposób zmiana unijnej polityki będzie się objawiać. Wydaje się oczywiste, że ostrzej lub łagodniej wybory na Białorusi zostaną przez Brukselę skrytykowane. Jednak nie wiadomo, czy wreszcie się ktoś obudzi. Jeśli nastąpiło przekarmienie Łukaszenki marchewką, to może czas na zastosowanie kija?
Politycy europejscy chyba nie wiedzą, co tym kijem ma być.
Politycy pytani o ostrzejsze środki wobec Białorusi często rozkładają ręce i bezradnie pytają, co w tej sprawie można zrobić. Oczywiście coś zrobić można. Dotychczas Unia nie angażowała się bowiem we wspieranie opozycji zupełnie. Nie udało się nam na przykład zainteresować Wspólnoty wsparciem niezależnych źródeł informacji w tym kraju. Wkład w niezależne media u naszego wschodniego sąsiada był bardzo niewielki.
Ale Aleksandra Milinkiewicza Bruksela zdawała się popierać.
Głaskano go po głowie, może dostał pieniądze na utrzymanie swojego biura. Tak olbrzymie otrzymał wsparcie. Państwa, czy Unia, jeśli coś chcą wspierać, to są w stanie wydać na to pieniądze i robić to na poważnie. Powiedzmy sobie otwarcie, że dotychczasowa pomoc dla opozycji miała raczej uspokoić sumienia niż dawać wymierne efekty.
Jak wygląda sytuacja TV Biełsat? Ta telewizja miała być wkładem Polski w rozwój niezależnej myśli na Białorusi.
Mamy obecnie tak niewielkie środki, tak niewielkie możliwości, że funkcjonujemy z ogromnym trudem. A ja co chwilę dowiaduję się o kolejnych cięciach w naszym budżecie. Wpieranie opozycji na Białorusi wymaga ogromnego zaangażowania ludzi i dużych nakładów finansowych. My mamy ludzi – wczoraj niemal siłą musiałam ich wyganiać z pracy, bo oni chcieli swoją pracą służyć krajowi. Jednak środków mamy coraz mniej. Nikt nigdy nie zajął się na serio kwestią budowania niezależnych mediów na Białorusi. Wszyscy zachowują się, jakby dawali na ten cel jałmużnę – niech będzie, damy wam pięć złotych.
Unia też nie jest tym zainteresowana?
Nie, co więcej program dotyczący Unii Europejskiej, który nasza telewizja robiła do maja 2009 roku, przed wyborami stał się produkcją białoruskiej telewizji państwowej. I Unia tę audycję dotuje, choć robią ją propagandziści reżimu Łukaszenki. Pierwszy odcinek ukazał się na sześć dni przed wyborami. Wynikało z niego, że Białoruś jest już niemal w unijnym przedsionku.
Rozmawiał Stanisław Żaryn
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »

