Portal Fronda.pl: Jak ocenia Pani przyjmowanie w Polsce tysięcy uchodźców z Afryki? To właściwy pomysł?
Agnieszka Romaszewska-Guzy: Jestem obrończynią uchodźców i uważam, że trzeba okazywać im pomoc, bo to po prostu prosty, ludzki obowiązek. Niestety: nie rozwiążemy wszystkich nieszczęść całego świata i musimy zdać sobie z tego sprawę. W bardzo wielu miejscach dzieje się bardzo wiele zła. W związku z tym musimy nieść pomoc tym, którym jesteśmy w stanie pomóc najlepiej. Tam, gdzie można, jak mawiają Amerykanie, „make a difference”, zaprowadzić realną zmianę. Wobec tego jestem generalnie przeciwna braniu udziału w akcji Unii Europejskiej przyjmowania uchodźców.
Dlaczego?
W dyskusji z Zachodem na temat solidarności w tej sprawie przychodzi do głowy najpierw zazwyczaj argument egoistyczny: to wasze kolonie, wyście czerpali z nich przez lata korzyści, pieniądze, wy macie tam teraz problemy, więc wy je rozwiązujcie. Jest jednak także argument bardzo racjonalny. O czym tu bowiem w ogóle mówić, skoro nie ma żadnego pomysłu na rozwiązanie tej całej sytuacji? Jaką mamy okazywać solidarność, jeśli Unia Europejska zupełnie nie wie, jak poradzić sobie z problemem uchodźców? Jest przecież faktem, że zwiększają się getta biedy i getta dyskryminacji. Jednocześnie na Zachodzie jest wiele działań afirmatywnych, które nie przynoszą żadnego skutku. Trzeci wreszcie argument jest emocjonalny. Skoro nie rozwiążemy wszystkich problemów, to zajmijmy się przede wszystkim tymi, za które najbardziej odpowiadamy. Mam na myśli repatriację – choć, po prawdzie, w wielu przypadkach trudno mówić tu o re-patriacji, bo ludzie ci często nigdy nie byli na terytorium Polski. Dla nas priorytetem powinno być przyjęcie Polaków ze Wschodu, na przykład z Kazachstanu. Polacy, którzy tam mieszkają, nie mieli żadnego wyboru. Ojczyzna od nich odjechała a ich samych zesłał reżim komunistyczny.
Możemy też kiedyś potrzebować nowych obywateli w związku z negatywnym bilansem demograficznym. Najpierw wypełnijmy więc obowiązki, które mamy w stosunku do tych krajów, z którymi byliśmy w dawnych czasach w bliskich stosunkach. To przede wszystkim Ukraina oraz Białoruś. Są tam ludzie, którzy chcą do nas przyjechać, a akulturują się bez żadnych trudności. Powinniśmy zwrócić uwagę przede wszystkim na nich i to właśnie ich ewentualnie przyjmować. Nie ma co wycierać sobie w sprawie uchodźców ust solidarnością. Chciałabym, by Unia Europejska okazała się najpierw solidarna w tych sprawach, które ważne są dla nas, jak na przykład uchodźcy z Ukrainy. Trzeba ponadto, by Unia wymyśliła jakieś realne rozwiązanie problemu imigracji. Nie ma sensu branie udziału w seansie pozorów, który niczego nie rozwiązuje. Za chwilę pojawią się nowi imigranci, wszystko się powtórzy. Jak więc będzie to wyglądało? Nie mamy zamykać się w naszych polskich sprawach, nie. Chodzi jednak o to, by pomagać tam, gdzie mamy realne możliwości – realne możliwości! Tak, by było to sensowne. Nadmiar hipokryzji nie jest moralny.
Często w polskiej debacie różnicuje się uchodźców na muzułmanów i chrześcijan, podnosząc, że jeżeli już przyjmować, to tylko tych drugich, bo lepiej się zaaklimatyzują. Podziela Pani ten pogląd?
Jest to moim zdaniem nieprawda. Sądzę, że jeżeli należy przyjmować właśnie chrześcijan, to dlatego, że są bardziej zagrożeni. Natomiast nie wierzę w ich szczególnie łatwą akulturację. To, że religia jest ta sama czy podobna, w odniesieniu do życia codziennego i sposobu funkcjonowania grup ludzkich nie ma aż tak wielkiego znaczenia. Powiedziałabym, że chrześcijanin syryjski, w sensie obyczajów bardziej jest podobny do swojego pobratymca muzułmanina niż do katolika w Polsce. Pogląd przeciwny to jakaś mitologia, którą głosi się w naszym kraju – ale to nie jest prawda. Jeżeli więc pomagać przede wszystkim chrześcijanom, to dlatego, że ich los jest bardziej dramatyczny i z tego powodu trzeba się nad nimi pochylić. Nie zmienia to jednak mojego generalnego stosunku do tej sprawy. Trzeba do tego podchodzić racjonalnie. Nie jesteśmy w stanie zaradzić całemu złu tego świata. Możemy udawać, że chcemy to zrobić, ale udawanie nie jest moralne.
Obecny lider sondaży – Prawo i Sprawiedliwość – deklaruje, że zamierza pomagać Polakom ze Wschodu. Sądzi Pani, że to wiarygodne zapewnienia?
Zależy to w dużym stopniu od tego, jak skonstruowany zostanie przyszły rząd. Nie raz już widziałam, że zapowiedzi to jedno, a funkcjonowanie MSZ to drugie. To bardzo skomplikowana sprawa - to trochę tak jak ze sprzątaniem stajni Augiasza. Potrzebne jest specjalne narzędzie. Mówić jest łatwo, ale by to zrobić, trzeba mieć jeszcze aparat, który będzie w stanie sprawnie wszystko przeprowadzić, bez mówienia, że to jest niemożliwe czy "nie da się". Myślę, że woli politycznej tu starczy. Jeśli chodzi o PiS nie martwiłabym się o Polaków na wschodzie, bo partia ta – jak mam nadzieję – będzie o nich pamiętać. Bardziej niepokoiłabym się czym innym: naszemu narodowi, niezależnie od tego, czy głosuje na prawicę, czy na lewicę, trzeba włożyć do głowy, że za polską wschodnią granicą mieszkają nie tylko Polacy... czy ewentualnie tzw. Ruscy, ktorych raczej nie lubimy. W zdecydowanej przewadzę mieszkaja tam także inne narody, z którymi musimy mieć dobre i sensowne stosunki. A zbudowanie takich stosunków jest o wiele trudniejsze, niż pomoc samym Polakom, których nie jest tam w kóncu aż tak wielu.
