Amerykańskie służby jednego z zamachowców z Bostonu - którymi okazali się bracia Cernajew z Czeczeni - zastrzelili, a drugiego zranili i aresztowali. FBI wcześniej, na wniosek służb rosyjskich, obserwowała nawet jednego z radykalizujących się religijnie braci Carnajewów. Choć Czeczeni żyli sobie wygodnie w USA, to chcieli zabić niewinnych ludzi. Dlaczego?

Rozmawiałem z profesorem z Centrum Marshalla, który prowadził badania, z których wynika, że współczesny terrorysta ma ok. 26 lat, jest wykształcony, to imigrant, który mieszka na Zachodzie i pochodzi z takich krajów islamskich jak Czeczenia. On nie potrafi się jednak odnaleźć w nowym, zachodnim otoczeniu. Jest, funkcjonuje, ma lepsze warunki bytowe, ale jednak mentalnie nie potraf tam zafunkcjonować. Zamachowiec definiował się poprzez wojnę w Czeczeni. Wymyślił sobie ideę, którą znalazł w internecie i zdefiniował się jako islamista. Zazwyczaj takie działanie jest oparte na paczce przyjaciół i to jest współczesna strategia Al Kaidy, która poniosła wcześniej klęskę, bo chciała budować własną armię, chciała obalić rządy państw arabskich, przejąć kontrolę na surowcami energetycznymi, zbudować wielki kalifat i wydać totalną wojnę. To się nie udało, więc stawiają na niewielkie odizolowane grupy, którym przekazują ideę poprzez media elektroniczne. One mają dziś walczyć na własną rękę, jednak niewiadomo o co.

Działanie młodych terrorystów pokazało, że dwoma prostymi bombami - sześciolitrowymi szybkowarami wypełnionymi kulkami łożyskowymi, gwoździami i ostrymi kawałkami metalu, - byli w stanie wstrząsnąć mieszkańcami USA. To nie jest sygnał dla terrorystów, że tak łatwo wywołać panikę?

Nie jest wcale tak łatwo przejść od teorii do praktyki, gdy trzeba coś tak złego zrealizować. Prowadzę wykłady z bezpieczeństwa dla studentów. Pytałem, jak oni zaplanowaliby zamach, aby uczyć się poprzez to planowania przeciwdziałania wobec niego. Planowanie to takie definiowanie, co może nas spotkać złego, jakie działania mogliby potencjalni terroryści wobec nas skierować. Studenci wczoraj zadziwili mnie swoimi pomysłami i powiem, że można było być nawet nimi przerażonym. Okazali się bardzo dobrymi, wnikliwymi obserwatorami. U nas to tylko ćwiczenia, ale kiedy takie pomysły rodzą się w chorej głowie - są niebezpieczne. Trzeba walczyć z przyczynami zamachów. Robić działania wyprzedzające. Dziwiło mnie, co mówili eksperci w mediach o eksplozji w Bostonie, że ładunek był za mały, że to było mało profesjonalne działanie. Wcale nie uważam, aby ładunek był za mały, nie ma co być tutaj żądnym krwi. Oni, jako eksperci powinni być bardziej wstrzemięźliwi.

Co pan doradziłby służbom amerykańskim?

Jeden z ekspertów powiedział, że gdy terroryści zobaczyli zabezpieczenia podczas Euro 2012 to stwierdzili, że nie mają szans. Jestem daleki od takich porównywań. Amerykanie współdziałają z innymi krajami, gromadzą informacje i mają całe bazy danych. Mimo, że takie zdarzenia jak w Bostonie miało miejsce, to jednak służby amerykańskie odniosły sukces. Po zamachu okazały się skuteczne w poszukiwaniu sprawców. Powinniśmy uczyć się tego od nich. Wzajemna komunikacja służb i ćwiczenia – to jest ważne. Amerykanie byli otwarci jeśli chodzi o emigrantów, którzy mieli jakieś osiągnięcia. Dawali im chętnie obywatelstwo. Myślę, że teraz będą brali inne czynniki również pod uwagę.

Powinniśmy jako Polacy obawiać się zamachowców?

Nie jesteśmy na pierwszym planie. Powinniśmy wyciągać wnioski, obserwować co się dzieje. Polska w miarę bogacenia się, staje się też bardziej atrakcyjna i niebezpieczeństwo może się nasilać. Powinniśmy korzystać ze wzorców być może brytyjskich. One są zbliżone do naszej specyfiki. Mamy tu wiele do nadrobienia.

Czy Polska choćby poprzez to, że jest krajem katolickim, może być źródłem ataku islamskich zamachowców?

My jesteśmy szczęśliwie krajem bardziej jednolitym etnicznie. Nie mamy wielu mniejszości, emigrantów jak Francja, Niemcy czy Wielka Brytania. Kwestia religii nie odgrywa tutaj kluczowego znaczenia.

Rozmawiał Jarosław Wróblewski