Obaj aktorzy prowadzą negocjację w sprawie wspólnego projektu „Grudge Match” opowiadającym o podstarzałych bokserach, którzy jeszcze raz pragną wrócić do lat swojej młodości. Nie przez przypadek wybór padł na De Niro i Stallone. Obaj wcielili się w najsłynniejszych bokserów srebrnego ekranu. De Niro zagrał jedną z najwybitniejszych swoich ról we „Wściekłym Byku” Martina Scorsese, za którą zgarnął Oscara. Sylvester Stallone wcielił się we „włoskiego ogiera” w znakomitej sadze bokserskiej „Rocky”, kreśląc przejmujący obraz faceta z nizin, który kroczy na sam szczyt, by z niego spaść. Stallone nakręcił aż 6 części przygód Balboa. Nie wszystkie części jego sagi były rzecz jasna porywające. Serię tworzą zarówno filmy wybitne ( obsypanymi Oscarami „Rocky”) jak i słabe (reaganowski „Rocky IV”). Jednak chwytające za serce zakończenie historii sprzed 6 lat („Rocky Balboa”) wprowadziło, w moim przekonaniu, serię do historii kina. Można się więc spodziewać, że Stallone w komedii „Grudge Match” nie będzie raczej tworzył pastiszu swojej postaci, którą już wyczerpał. Inaczej sprawa wygląda z De Niro. Ten największy w historii kina aktor od lat w dosyć żenujący sposób bawi się swoim wizerunkiem, grając w coraz głupszych komediach. Kilka razy wybitny aktor sięgnął dosłownie filmowego bruku ( „Showtime”) i istniała do niedawna obawa, że zamieni on swój występ w tanią parodię przejmującej roli ( prawdziwej postaci) Jake LaMotty, którą stworzył we „Wściekłym Byku”. De Niro na szczęście zaczął pojawiać się ostatnio w lepszych filmach i powoli zrywa ze swoim wizerunkiem „śmiesznego dziadziunia”, zdając sobie sprawę jak niszczy własną legendę. Jego spotkanie ze Stallone może być więc inspirujące. W końcu panowie bardzo dobrze wypadli razem w znakomitym policyjnym „Cop Land” sprzed 15 lat.
Nie to jednak najważniejsze jest w nowym projekcie legendarnych aktorów. Od jakiegoś czasu widać, że kino sięga po swoich starych bohaterów, mimo całej gamy nowych ekranowych twardzieli. Udowodnił to zresztą sam Sylwester Stallone, który wskrzesił bohaterów z lat 80-tych w „Niezniszczalnych”. Film z Lundgrenem, Schwarzeneggerem, Willisem zarobił setki milionów dolarów. W drugiej części do obsady dołączyli Van Damme i Chuck Norris. Sukces tych obrazów pokazał, że współczesny widz zmęczony jest poprawnymi politycznie, wymuskanymi i metroseksualnymi osiłkami. Nikt nie chce już oglądać ładniutkiego Brosnana w roli Bonda, woląc nieokrzesanego Craiga. Coraz bardziej przejada się wypindrzony Tom Cruise czy chudzielec Reeves. Nie dotyczy to zresztą tylko filmów akcji, do których powraca Mickey Rourke ze zdewastowaną facjatą, ale nawet seriali telewizyjnych. Nastolatki podniecają się oczywiście dziecięcymi wampirami ze „Zmierzchu”, jednak ich rodzice wybierają niedogolonego, palącego i chlejącego satyra z „Californication”, który uderzył w metroseksualny mit, kreowany przez lata w lewicowych mediach. Balboa pokazał kilka lat temu, że stalowe mięśnie z filadelfijskich ulic i silna wola wygrywają z wymuskanymi bicepsami z najdroższych siłowni. Czy teraz lustrzany Van Helsing, który kołkiem budzi zombie z grobów wraz z Bobbym wprowadzi film bokserski na nowe tory? Kino potrzebuje twardzieli a widzowie potrzebują prawdziwego męskiego wzoru. Nawet jak jest on po sześćdziesiątce…
Łukasz Adamski

