Kiedy agencje podały newsa o wybuchu zamieszek w Londynie po zastrzeleniu człowieka, mogliśmy się o nim dowiedzieć jedynie tyle, że nazywa się Marc Duggan, ma 29 lat i jest ojcem czworga dzieci. Początkowo nie wiedzieliśmy jakiej rasy bądź narodowości był ów mieszkaniec Londynu. Dowiedzieliśmy się tego później oglądając zdjęcia rozjuszonych hord palących samochody, domy i rabujących sklepy.
Czarna przestępczość stanowi tak poważny problem na Wyspach Brytyjskich, że już w 2007 roku ówczesny premier Tony Blair powiedział bez ogródek: „Najwyższy czas odrzucić poprawność polityczną, bo zbrodnie nie ustaną przez negowanie faktu, że popełniają je czarnoskóre dzieciaki”. Oczywiście z miejsca oskarżono go o rasizm, ale fakty są nieubłagane: czarni mieszkańcy pochodzący z Afryki i Karaibów stanowią jedynie 2 proc. społeczeństwa, a co trzecie morderstwo z użyciem broni palnej popełniane jest przez czarnego napastnika. Problem zabójstw z użyciem noży stał się prawdziwą plagą nękającą mieszkańców Wielkiej Brytanii, gdzie co cztery minuty dochodzi do ataku z użyciem noża. Policja próbuje walczyć z problemem prowadząc kontrole wykrywaczami metali w autobusach i na stacjach metra – funkcjonariusze nie radzą sobie jednak z młodocianymi bandziorami. Trevor Philips, czarnoskóry polityk Partii Pracy kilka dni temu również

wezwał, by przestać w kółko opowiadać, że „przestępca nie ma koloru skóry”. Philips, który urodził i wychował się w Londynie twierdzi, że część czarnych jest wyjątkowo skłonna do przemocy; są to jego zdaniem imigranci z Wschodniej Afryki i Konga, czyli krajów w których toczy się wojna. „Słusznie, że ich przyjmujemy. Jednak nie można oczekiwać, że będą się normalnie zachowywać, kiedy ich umieścimy w szkole” – powiedział. Coś jest na rzeczy, bo np. wypowiedź Blaira była bezpośrednio wywołana procesem młodego Angolańczyka, który zadźgał kolegę ze szkoły, a niedługo później zastrzelił matkę z dzieckiem (W Angoli przez lata toczyła się wyjątkowo brutalna wojna domowa). Adwokat bronił mordercę twierdząc, że nastolatek jest ofiarą wojny; musiał zabijać, żeby przeżyć, więc zabijanie weszło mu w krew. Sąd na szczęście pozostał głuchy na te argumenty i wlepił bandycie karę 30 lat więzienia.
Wyrostek, który zabijał jako dziecko z lekkiej broni w jaką w Afryce wyposaża się dzieci, na pewno nie będzie miał skrupułów, aby odstrzelić sprzedawcę w sklepie z telefonami komórkowymi. Ale przeżycia wojenne to zbyt łatwe wytłumaczenie, bo w społeczności imigrantów z Afryki (zwłaszcza tej subsaharyjskiej) dzieje się źle, prawie we wszystkich krajach. Rodziny Afroamerykanów i czarnych imigrantów mieszkających w Europie są kompletnie dysfunkcyjne, a statystyki pokazują, że dzieje się coraz gorzej. Dziś tylko jedna trzecia czarnych dzieci w USA wychowywała się w pełnych rodzinach. Co trzeci czarny mężczyzna przewinął się przez więzienie. Podobne, choć nie tak drastyczne statystyki widać w Wielkiej Brytanii i Francji. „Ratują” owe statystyki czarnoskórzy przybysze z Karaibów, Etiopii, Somalii i Erytrei. Ci ostatni stworzyli dużo bardziej zaawansowaną kulturę, z kolei społeczność karaibska jest lepiej zorganizowana. Socjologowie twierdzą, że dzieje się tak, gdyż na wyspach karaibskich Brytyjczycy zakazali niewolnictwa kilkadziesiąt lat wcześniej niż w Ameryce.

Problem w tym, że słabej kondycji czarnych rodzin nie da się wytłumaczyć wyłącznie traumą po czasach niewolnictwa. Gdyby przeanalizować, co zniszczyło społeczność czarnych to należy wymienić tu kilka przyczyn. Pierwszą z nich była systemowa promocja samotnych matek z dziećmi. W czasach Nixona zaczęto rozdawać rozwiedzionym i niezamężnym matkom specjalne świadczenia. Kobiety wykalkulowały sobie wtedy, że nie warto wiązać się z facetem. Niedługo później te rozwiązania socjalne zaczęto wprowadzać także w Europie Zachodniej z podobnym skutkiem. Przemysł, w którym pracowali czarni mężczyźni w latach 70. zaczął upadać, a w usługach nie byli oni szczególnie mile widziani (sytuacja ta raczej dotyczy Ameryki niż Europy, bo wtedy na naszym kontynencie czarnych przybyszy jeszcze nie było tak wielu jak teraz). Trzecią przyczyną są obciążenia kulturowe. Chodzi o praktykowanie poligamii, która dla wielu Afrykanów jest czymś naturalnym (podobnie jest zresztą w świecie arabskim). W rodzinach poligamicznych dzieci ojca prawie nie widują, albo nie jest on w stanie właściwie wychować potomstwa. W 2006 roku, kiedy płonęły przedmieścia Paryża, brytyjskie gazety pisały o co najmniej 30 tys. poligamicznych rodzin afrykańskich żyjących we Francji (w istocie to liczba zaniżona). Czy teraz ktoś w politpoprawnym Albionie zacznie liczyć poligamistów z Afryki? W opracowaniach na temat łatwego rozpowszechniania się wirusa HIV w Afryce wskazuje się właśnie na „poligamiczne zachowania” jako źródło nieszczęść. To znaczy, że posiadanie paru kochanek naraz nie jest piętnowane, a wręcz jest powodem do dumy dla czarnego mężczyzny. Lekceważący stosunek ojców do swoich rodzin jest chyba największym problemem czarnej społeczności (w Stanach organizuje się nawet marsze dumy czarnych ojców, ale trwałych efektów takich akcji nie widać). W efekcie samotnych czarnych matek z dziećmi jest kilka razy więcej niż białych kobiet samotnie wychowujących potomstwo. Inny problem wiąże się z tzw. „małżeństwami międzyrasowymi”. W filmach często przedstawia się wersję romantyczną takiego związku – przełamywanie oporów, wzajemne odkrywanie inności, itd. W praktyce wygląda to tak, że trzy czwarte takich par tworzy biała kobieta i czarny mężczyzna. Z badań zebranych przez Stevena Sailera, amerykańskiego publicysty wynika, że dla owych pań czarnoskórzy partnerzy są przede wszystkim atrakcyjni seksualnie, zaś Murzyni w romansach z białymi kobietami widzą także możliwość poprawienia swojego statusu społecznego. Nie trzeba dodawać, że odkrycia Sailera szybko zostały nazwane „mową nienawiści”. Ale fakt jest faktem: porzucone czarne kobiety nie mają się z kim wiązać. Azjaci ich nie pociągają (i vice versa), a białych interesują co najwyżej młode Murzynki, bardziej chętnie wiążą się z Azjatkami (trzy czwarte związków europejsko-azjatyckich to schemat biały mężczyzna, azjatycka kobieta).

Problemy z patologią wewnątrz wspólnot czarnych obywateli muszą być rozwiązywane z zewnątrz. W Wielkiej Brytanii czarna klasa średnia rozwija się, ale jak widać ma to mały wpływ na resztę czarnoskórych „braci i sióstr”. W Ameryce wszędzie tam gdzie silne są wpływy Kościoła, przemocy, nędzy i porzuconych dzieci jest mniej. Zdecydowanie lepiej (przynajmniej finansowo) od Afrykanów radzą sobie imigranci z Karaibów. Prawdopodobnie właśnie dlatego, że imigranci z tej części świata są bardziej religijni. Londyńskie zamieszki to ostatni sygnał do wszystkich chrześcijan, żeby wspólnie ożywić wspólnotę czarnoskórych Brytyjczyków. John Sentamu, anglikański arcybiskup Yorku pochodzący z Ugandy miał odwagę już rok temu powiedzieć do czarnych współbraci; „Zamiast zwalać wszystko na rasizm, pracuj ciężko na swój sukces”. Teraz czas na czyny.
Paweł Sawkowski

