Według „Gazety Wyborczej” rząd chce płacić pieniędzmi podatników za metodę in vitro w pełnym wymiarze – zarówno za środki hormonalne, jak i samą procedurę. Refundacja przyznawana byłaby tym kobietom, które wyczerpały metody leczenia niepłodności, a także inne metody sztucznego zapłodnienia (in vitro jest jedną z takich metod – niepłodności nie leczy).
W tej chwili rząd nie określił, za ile prób mają płacić podatnicy, a także w jakim wieku musi być kobieta, by móc się ubiegać o refundację. Zdaniem Ewy Kopacz, w Polsce około miliona małżeństw ma problemy ze spłodzeniem potomstwa. Jednorazowy koszt procedury in vitro to ok. 8-10 tysięcy złotych – często trzeba ją powtarzać.
Rzecznik prasowy Ministerstwa Zdrowia Piotr Olechno w rozmowie z portalem Fronda.pl przyznaje, że resort rzeczywiście przygotował program dotyczący finansowania metody in vitro. Jednak, jak zaznacza, z jego realizacją MZ czeka na uchwalenie ustawy bioetycznej. W zeszłym tygodniu zakończyło się pierwsze czytanie projektów ustaw dot. in vitro. W tym tygodmniu posłowie będą głosowali nad odrzuceniem lub skierowaniem do dalszych prac wszystkich projektów. - Jeśli ostatecznie parlament przegłosuje ustawę zakazującą stosowania metody in vitro, nasz program można będzie wyrzucić do kosza - mówi portalowi Fronda.pl Olechno.
Pomysł Ministerstwa Zdrowia krytykuje poseł Platformy Obywatelskiej, Jacek Żalek. - Dziwi mnie inicjatywa resortu zdrowia, szczególnie że nie ma obecnie pieniędzy na ratowanie życia i zdrowia chorych ludzi. Dodatkowe wydatki, które nie ratują życia i zdrowia, oznaczają, że polską służbę zdrowia pozbawia się i tych skromnych środków – mówi portalowi Fronda.pl. Zaznacza, że obecnie w związku z sytuacją finansową opieki medycznej w Polsce coraz częściej „ludzie są pozbawieni profesjonalnej służby zdrowia”. - Uważam, że finansować z pieniędzy publicznych można te procedury medyczne, które ratują życie i zdrowie. W innych sytuacjach, jeśli ktoś potrzebuje zabiegu, powinien za niego zapłacić – mówi Jacek Żalek.
Czy program resortu zdrowia może być próbą nacisku na posłów, by uchwalili ustawę dopuszczającą metodę in vitro? - Nie wyciągał bym tak daleko idących wniosków – mówi Żalek. Zaznacza jednak, że często resorty kierują się własnymi interesami przygotowując ustawy. - Ministerstwa to są imperia same w sobie. One mogą prowadzić własną politykę. Często trafiają do nas ustawy, które niekoniecznie są wynikiem szczególnej troski rządu, a raczej wynikają z wewnętrznych interesów jakichś grup, które mają się dobrze w resortach i chcą rozbudowywać swoje imperium – mówi Żalek.
Tomasz Teluk z Instytutu Globalizacji nie ma wątpliwości, że z punktu widzenia ekonomicznego pomysł resortu zdrowia jest karkołomny. - Trzeba będzie przesunąć środki, które możnaby wydać przykładowo na leczenie chorych dzieci, na sztuczne tworzenie nowego człowieka. A jeśli okaże się, że zainteresowanie metodą jest spore, państwo będzie musiało się dodatkowo zadłużyć, albo wprowadzić nowe podatki. Koszt jednej procedury jest bardzo duży - mówi portalowi Fronda.pl. Jego zdaniem wyjaśnienie genezy pomysłu jest proste: - Koncernom farmaceutycznym i klinikom sztucznego zapłodnienia bardzo zależy na tym, by rząd finansował in vitro. To ogromny biznes. Poseł Gowin mówił zresztą o tym, że wywierano na niego naciski, by jego projekt ustawy bioetycznej był możliwie najbardziej szeroki - twierdzi Teluk.
Wygląda na to, że autorzy owych nacisków pozyskali już na swoje potrzeby poważnych graczy z resortu. I teraz razem przebierają nogami, by móc rozpocząć wydawanie publicznych pieniędzy w klinikach "leczenia" bezpłodności. Czy oznacza to, że ws. in vitro karty zostały już rozdane? Czy posłowie mają tylko przyklepać decyzję, którą podjęto za ich plecami?
Stefan Sękowski, Stanisław Żaryn
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »

