Wieszczony przed laty przez Francisa Fukuyamę "koniec historii" nie nastąpił. Liberalna demokracja nie zapanowała nad ludzkością, a świat Zachodu coraz częściej przegrywa walkę z Chinami czy Indiami o geopolityczny prymat. Unia Europejska, która miała być gwarantem "wiecznego pokoju" na Starym Kontynencie, także przeżywa poważny kryzys, a NATO coraz słabiej wypełnia zadania, jakie postawili przed nim jego ojcowie założyciele. Jeśli do tego dodać odradzający się imperializm rosyjski (którego ofiarą pozostaje na razie głównie Gruzja) i "odwieczną" miłość starych państw unijnych do Moskwy, a także błyskawicznie zmieniającą się mapę wyznaniową (z islamizującą się Europą i chrystianizującą Afryką) – to z obrazu tego będzie można, bez ryzyka większego pudła, wywnioskować, że żyjemy w czasach przełomowych.

To właśnie teraz decyduje się nie tylko przyszłość wielkiego porządku geopolitycznego (kto i w jaki sposób będzie rządził światem), ale również przyszłość Europy, a w jej ramach Polski. Decyzje polityków, dyplomatów, urzędników, a także analizy publicystów i myślicieli mają zatem znaczenie kluczowe dla przyszłości naszego kraju. Zależy od nich nie tylko dobrobyt, ale przede wszystkim suwerenność, wolność i byt naszego kraju.

Taka sytuacja sprawia, że jeśli chcemy przetrwać jako naród, a nie tylko jako "tubylcy" zamieszkujący ziemie między Odrą a Bugiem, musimy stworzyć silne i trwałe instytucje państwowe (w tym armię), a także odrodzić w sobie poczucie republikańskiej dumy narodowej i woli mocy (niewiele jednak mającej wspólnego z nietzscheanizmem, a wypływającej ze świadomości, że nie wystarczy mieć świadomość zagrożeń, ale że trzeba z nimi walczyć). "Polacy muszą stworzyć silne państwo, żeby Polska już nigdy nie była Chrystusem narodów. Nam się cierpienia znudziły i nie potrzebujemy tego więcej" – wyraża krótko tę "dziejową konieczność" Dariusz Gawin w eseju "Przekleństwo roku 1709". Oparciem dla takiej propaństwowej, nakierowanej na powstanie silnych instytucji, polityki może być pamięć o wielkich klęskach. Dla Żydów jest nim Holokaust, dla Polaków może nim być, jak wskazuje Jarosław Marek Rymkiewicz w Kinderszenen, pamięć o Powstaniu Warszawskim i takie ustawienie polskiej polityki, by rzeź elit nigdy nie mogła się już powtórzyć, by Polska już nigdy nie była dzielona, a młodzi Polacy nie musieli stawać wobec dylematów swoich dziadków czy pradziadków.

Liberum veto – znak firmowy III RP

Wydawać by się mogło, że akurat w tej kwestii panować powinna polityczna zgoda. Ale niestety tak nie jest. Zamiast wytrwałego budowania silnego państwa i wzmacniania suwerenności, mamy apologię postpolityki, geopolityczną drzemkę przerywaną zapewnieniami o kolejnych wielkich wizerunkowych sukcesach, a także walkę na śmierć i życie stronnictw politycznych, czyli wszystko to, co stanowiło istotę rządów saskich w Polsce.

Polska jagiellońska – wielka, mocna i potrafiąca ostro walczyć o własne interesy w Europie – nie schodzi politykom z ust. I premier, i prezes głównej partii opozycyjnej zapewniają, że ich celem jest zbudowanie silnej, dynamicznej, otwartej Polski, takiej, jaką udało się zbudować Władysławowi Jagielle i jego potomkom. Minister Michał Boni nie pozostawia nawet wątpliwości, że już nam się to udało, a 4 czerwca jest świętem ważniejszym niż 3 maja czy 11 listopada. Za tymi podniosłymi słowami nie idą jednak czyny, gdyż nasi politycy wspólnymi siłami budują raczej Polskę saską (pełną waśni, bratobójczych ataków, a jednocześnie pogrążoną w głębokim geopolitycznym śnie), a nie wielką Rzeczpospolitą.

Tak wówczas, jak i teraz w centrum polityki Rzeczpospolitej nie stoi jej, tak czy inaczej rozumiany interes narodowy, ale wąsko pojmowane interesy stronnictw politycznych, otoczonych medialno-biznesowymi klientami. Programy partyjne, sojusze międzynarodowe, strategie polityczne i edukacyjne uzależnia się nie od poglądów, lecz od układu sił na mapie międzypartyjnych rozgrywek. Jeśli Platforma Obywatelska jest za reformą edukacji, to PiS (choć w poprzedniej kadencji wysuwał dokładnie takie same postulaty) będzie przeciwko. Jeśli zaś Prawo i Sprawiedliwość jest za ostrą walką o korzystne dla Polski metody liczenia głosów w Unii Europejskiej, to PO dyskretnie zapomni o tym, że jeszcze kilka lat temu walczyła o to samo pod hasłem "Nicea albo śmierć". Dokładnie tak samo było w czasach saskich, gdy wielkie rody litewskie i koroniarskie błyskawicznie zmieniały poglądy, gdy tylko ktoś z innego obozu nadepnął im na piętę.

"Od dawna nie mógł się połapać w sprawach Rzeczpospolitej ten, kto zapomniał o nieustającej, wszystko ogarniającej grze koterii i poszczególnych domów magnackich. Należy powtórzyć, że nie istniały kwestie merytoryczne, to znaczy ważne same przez się, były tylko grupowe i personalne, dotyczące klanowych lub osobistych karier" – podsumowuje meandry myślenia magnaterii w czasach saskich Paweł Jasienica. Jeśli termin "domy magnackie" zastąpić określeniem "układ biznesowo-towarzyski" czy partie polityczne, to słowa te brzmią zadziwiająco aktualnie w Polsce Anno Domini 2009.

Efekt jest taki, że trudno dostrzec jakąkolwiek spójną linię politycznego myślenia u przedstawicieli głównych obozów partyjnych (a także wiszących u ich klamek komentatorów czy doradców). Zastąpiona ona została zmienną grą interesów, przy których opinie czy przekonania przestają się liczyć. To dlatego liberalny rząd Donalda Tuska może proponować populistyczne rozwiązania w stylu Andrzeja Leppera (pomysł, by ustawowo wymusić zysk na NBP, przejdzie z pewnością do podręczników ekonomii), zaś Prawo i Sprawiedliwość może walczyć z upolitycznieniem telewizji publicznej za pomocą Sławomira Siwka, który uchodził za "politruka PiS" nawet za czasów prezesury Andrzeja Urbańskiego. I nikogo to nie dziwi, bowiem istotą sporu nie są programy czy wizje, ale to kto kogo: Kaczyński Tuska czy Tusk Kaczyńskiego? Jaką rolę odegra w tym Giertych, a jaką Piskorski? Tak jak kiedyś walka toczyła się o to, czy wygrają Sapiehowie, czy Radziwiłłowie. I o to, czy Potoccy i Poniatowscy (a może i Leszczyńscy) wejdą do gry, czy też nie będzie im to dane.

Na to wszystko nakładają się jeszcze interesy wpływowych grup interesów i korporacji zawodowych, które niekiedy mają silne przełożenie na media. Jakakolwiek próba pełnej lustracji czy dekomunizacji, rozliczenia uczonych, sędziów czy dziennikarzy zhańbionych współpracą z bezpieką nieodmiennie kończy się medialno-politycznym skandalem i storpedowaniem podjętych prób. Nie inaczej rzecz wygląda z próbami otwarcia zawodów prawniczych, walki z korporacjonizmem w zawodach lekarskich czy naruszenia interesów służb specjalnych (w znacznym stopniu wciąż postkomunistycznych). Te ostatnie odgrywają zresztą w polskiej polityce rolę ogromną. Ich przedstawiciele mogą utrącić kandydata w wyborach prezydenckich (jak stało się z Włodzimierzem Cimoszewiczem), ale także uczestniczyć (i chwalić się tym) w tworzeniu partii politycznych (Gromosław Czempiński, oficer SB, późniejszy szef UOP chwalił się publicznie swoim wpływem na powołanie nowej formacji).

Dziennikarze i komentatorzy odgrywają w tym spektaklu rolę drobnej szlachty, która podczepia się pod potężnego magnata i bez większej żenady wykonuje wszystkie jego polecenia, wrzeszcząc na całe gardło "veto!", gdy tylko naruszane są interesy poważnych grup wpływów. Przed wyborami parlamentarnymi w 2007 roku Jacek Żakowski przedstawił w opiniotwórczej "Polityce" tekst, w którym rysował stojący przed Polską czarny scenariusz. Otóż według publicysty (uznawanego za poważnego) Kaczyńscy mieli doprowadzić do aresztowania Donalda Tuska, a także kilkunastu innych parlamentarzystów PO, zamrożenia finansowania partii opozycyjnych (czyli PO i SLD) oraz przeprowadzenia politycznych procesów. Dzięki takim działaniom mieli wygrać wybory i przejąć pełnię władzy w Polsce. Unia Europejska, Stany Zjednoczone czy OBWE miały wprawdzie delikatnie zwracać uwagę na nieprawidłowości, ale ostatecznie powinny zaakceptować wyniki wyborów. Wszystkie te wyssane z palca opowiastki podsumował Żakowski dramatycznymi słowami: "To jest political fiction. Że tak się sprawy potoczą, nie ma oczywiście gwarancji. Ale czy ktoś dziś położy własną głowę, że się tak nie potoczą? Sytuacja jest nieprzewidywalna, co znaczy, że w rzeczywistości może być lepiej lub gorzej niż w nasuwających się czarnych scenariuszach. Albo po prostu inaczej. Ale jak nigdy widać, że rozgrywający tego politycznego dramatu mają świadomość, iż grają o najwyższą stawkę i że w tej grze gotowi są użyć wszelkich środków, jakimi dysponują. A przecież nie do końca wiemy, czym kto dysponuje – co kto trzyma w rękawie albo za cholewą"… Tego rodzaju poetyka niewiele się w sumie różni od retoryki posłów, którzy w I Rzeczpospolitej zrywali sejmy (oczywiście na zlecenie konkretnej frakcji).

Najbardziej jaskrawym przykładem twórczego rozwinięcia praktyki liberum veto w XXI-wiecznej rzeczywistości był bojkot ustawy lustracyjnej przez polityków i publicystów. Symboliczną postacią był w tym kontekście Bronisław Geremek, składający na forum Europarlamentu swoisty "donos na Polskę". Cała rzesza autorytetów III RP, odmawiająca podporządkowania się uchwalonemu prawu, dała wówczas społeczeństwu czytelny sygnał: my stoimy ponad prawem.

Punktem łączącym zrywających sejmy czy sejmiki szlacheckich warchołów ze współczesnymi "poważnymi" komentatorami politycznymi jest także poziom histeryczności argumentów, jakie padają z ich ust. Za czasów saskich (i nieco późniejszych) każda próba ograniczenia liberum veto określana była przez zwolenników tego polskiego prawa "herezją" i porównywana z naruszaniem kanonicznej interpretacji Pisma Świętego. "W końcu prawo z roku 1696 nakazywało: «Obsevando religionissime vocem vetandi».

Jak się wydaje autor Domina Palatia wyraził powszechne przekonanie, iż naruszenie choćby o włos tego prawa będzie pierwszym krokiem do niewoli, bo włos po włosku wyskubana zostanie cała wolność" – opisuje XVIII-wieczną publicystykę polityczną Anna Grześkowicz-Krwawicz.

Podobną argumentację stosują obrońcy III Rzeczpospolitej, wielbiciele Lecha Wałęsy, apologeci Okrągłego Stołu czy prawnicy broniący swoich korporacyjnych przywilejów. Dla nich również jakakolwiek krytyka rzeczywistości jest tylko wstępem do zniszczenia "dorobku pokoleń", odebrania prawa do radości z wolności, zaprzepaszczeniem ofiary opozycjonistów, a nawet "końcem demokracji" czy "początkiem totalitaryzmu".

Piotr Pacewicz uderzał w tony histeryczne sugerując, że "poniżej godności jest wstawienie znaczka w rubryce «nie współpracowałem»"; a Andrzej Romanowski apelował, by zlikwidować IPN, bo " instytucja ta niszczy największą zdobycz narodu w XX wieku: demokratyczne państwo prawa". Podobne chwyty retoryczne stosowano także w debatach na temat prokuratury, poziomu adwokatury, sędziów czy lobby ordynatorsko-profesorskiego wśród lekarzy. Każde naruszenie interesów tych grup kończyło się nieodmiennie ostrym medialnym atakiem na osoby, które odważyły się wziąć udział w podważaniu praw współczesnej arystokracji. Różnica z czasami saskimi jest tylko jedna, wówczas na pomoc dobremu imieniu magnaterii spieszyli uzbrojeni zabijacy, dzisiaj natomiast ich miejsce zajęli "dyspozycyjni" dziennikarze i publicyści, którzy chętnie rozniosą piórami tych, którzy sprzeciwiają się interesom ich pryncypałów.

Prawo jako instrument oligarchii

Poziom współczesnego sądownictwa także nie odbiega szczególnie od tego, z jakim mieli do czynienia nasi przodkowie za panowania Augustów. Jak wówczas, tak i teraz zasadą podstawową jest to, że sądy nie krzywdzą silnych (wtedy magnatów, dziś elity medialno-towarzysko-polityczne). "Prawo nie działało wtedy automatycznie, a sam wymiar sprawiedliwości był tylko jednym więcej ramieniem czy wspornikiem warstwy panującej politycznie" – pisał o Polsce saskiej Paweł Jasienica. Ta uwaga zachowuje aktualność i dziś. Trybunał Konstytucyjny nawet nie próbuje ukrywać, że w swoich orzeczeniach kieruje się interesami elit, a nie wykładnią obowiązującego prawa. Tak było w orzeczeniu dotyczącym ustawy lustracyjnej, które obroniło wykładowców i dziennikarzy z konieczności rozliczenia się z własną przeszłością. Obronę interesów władzy, a nie poszukiwanie sprawiedliwości, widać także w orzeczeniu Sądu Najwyższego, który uznał, iż sędziowie wydający wyroki po 13 grudnia 1981 roku nie mogą być karani, gdyż PRL "nie była państwem prawa". "I chociaż z tym ostatnim zgodzić się należy, uznanie tej prawdy za uzasadnienie bezkarności jego funkcjonariuszy jest ewenementem na światową skalę, nie mówiąc o tym, że jest sprzeczne z innym orzeczeniami Sądu Najwyższego. Również w tym wypadku widać zasadę chorej korporacji, która uznaje za naczelną zasadę obronę swoich członków" – podkreślał w komentarzu Bronisław Wildstein.

A jako że ryba psuje się od głowy, to podobnie orzekają sądy niższych instancji. I tak z ich wyroków możemy się dowiedzieć, że nigdy nie istniała "grupa trzymająca władzę", a przekonanie, że za Rywinem stał ktoś potężniejszy, to tylko wytwór chorej wyobraźni. Nie możemy też mówić o "mafii paliwowej", za to bezpiecznie mogą się czuć politycy, którzy prowadzą niejasne interesy. Prokuratury i sądy nie zajmują się ich podejrzanymi transakcjami i przelewami, a gazety, które decydują się badać te sprawy, są straszone milionowymi grzywnami i niż dziwnego, że tracą zapał do kontynuowania dziennikarskich śledztw.

Wyroki sądów zależą nie od tego, jaki czyn popełniono, ale od tego, kto go popełnił. Nazwanie prezydenta Lecha Kaczyńskiego "chamem" mieściło się w granicach prawa, ale już określenie prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego mianem "pulpeciarza" zostało ukarane. Przywoływani do porządku przez sądy (niekiedy z absolutnie kuriozalnymi uzasadnieniami) są politycy Prawa i Sprawiedliwości czy osoby "oszczerczo krytykujące Adama Michnika" (jak profesor Andrzej Zybertowicz). Oni muszą mieć świadomość, że ich działania w polskich sądach nie znajdą aprobaty i zostaną surowo ukarane.

Oczywiście inaczej traktowani są członkowie elit III RP. Jeśli jednak któremuś z nich przydarzy się, że na skutek nadgorliwości policjantów, braku doświadczenia prokuratorów lub sędziów czy nacisków ministra sprawiedliwości, zostanie oskarżony, to zawsze może liczyć na obronę przyjaciół i wpływowych mediów. Andrzej Samson już po tym, jak znaleziono u niego pornografię dziecięcą i zgromadzono zeznania od dzieci wykorzystywanych przez niego seksualnie, mógł cieszyć się wsparciem innych psychologów, którzy zwołali w jego obronie konferencję prasową, gdzie nie wspomnieli nawet o dramacie nieletnich, a zajęli się jedynie problemami kolegi po fachu. Później zaś opowiadali publicznie, że zabawy z dziećmi wibratorem mogły być częścią nowatorskiej terapii. Kardiochirurg, doktor G., także mógł liczyć na chór medialnych obrońców, którzy przekonywali, że jeśli ktoś ma złote ręce i potrafi przeszczepiać serca, to zasady moralne i prawo nie powinny go już obowiązywać.

Przyjęcie takich założeń oznacza jednak koniec państwa prawa i początek swoistej oligarchii, w której pełne prawa polityczne i obywatelskie uzależnione są od przynależności do określonego układu polityczno-towarzyskiego. Instytucje państwowe bronią, wspierają i pomagają tylko tym, którzy mają szczęście należeć do "salonu" i akceptują jego reguły. Innych można bezkarnie niszczyć. Taki los spotkał nie tylko Romana Kluskę, którego systematycznie niszczono, ale również rodzinę Olewników, którą próbowano osądzać za znieważanie sędziów i prokuratorów.

Edukacja, czyli kultywowanie przesądów

Zasada Andrzeja Frycza Modrzewskiego, który w znakomitym i wciąż wartym czytania dziele O poprawie Rzeczpospolitej przypominał, że "takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie", może i powinna być zastosowana także do czasów saskich i III RP. I niestety, tak jak wcześniej, mamy do czynienia z daleko posuniętymi analogiami, które skłaniają do postawienia obok siebie Augusta II Mocnego czy Augusta III Otyłego i Donalda Tuska (z przydomkiem Piękny albo Wiecznie Młody).

Szkoły saskie, co znakomicie pokazuje (nie do końca świadomie) Jędrzej Kitowicz w Opisie obyczajów za panowania Augusta III, skupiały się nie tyle na wychowaniu obywateli republiki, ludzi gotowych do poświęceń, ale też rozumiejących rzeczywistość, ile na kultywowaniu przesądów sobie współczesnych i retoryki łacińskiej (w nienajlepszym zresztą wydaniu). Młody szlachcic w czasach saskich miał się w szkołach nauczyć, że nie ma nic lepszego niż I Rzeczpospolita, że sarmackie zwyczaje nie potrzebują zmiany, i że chłopi są od tego, żeby na niego pracować. W III Rzeczpospolitej, choć oczywiście tematy wykładów są nieco inne, także dominują stereotypy, przekazywane dzieciom i młodzieży jako prawdy objawione. Najważniejszym z nich jest przekonanie, że dziedzictwo narodowe, literatura i sztuka nie są już potrzebne w wychowaniu, a zastąpić je powinna informatyka, angielski i sztuka pisania CV.

Kolejni autorzy reform oświaty redukują (i tak już odchudzone do granic możliwości) listy lektur (bo biedne dzieci nie mają czasu czytać i MEN to rozumie), z nauczania znikają następne przedmioty (żeby się nie przemęczać), a w zamian wprowadza się kursy pisania CV (przeciętnie inteligentny człowiek potrafi się tego nauczyć w 15 minut) czy zarządzania (tu nie mam nic przeciwko, ale nie zamiast polskiego, matematyki, historii czy fizyki, tylko oprócz nich). Wszystkie te zmiany są uzasadniane troską o nasze dzieci i ich przystosowanie społeczne do zmieniającego się świata. Ich efektem jest zaś kształcenie pokoleń ćwierćinteligentów, techników wiedzy, którzy przed wojną nie skończyliby szkoły powszechnej, zaś egzamin dojrzałości byłby dla nich czymś na poziomie dzisiejszej profesury belwederskiej.

Żeby nie było wątpliwości: nie chodzi mi o typową dla zgredów krytykę młodzieży, lecz o surową ocenę twórców szkolnych reform, którzy niszczą humanistykę i nauki ścisłe, równając drastycznie w dół poziom nauczania i tłumacząc, że robią to dla dobra uczniów i społeczeństwa. Moje pretensje wyrastają ze znajomości historii, która przypomina, że gdy upadły szkoły, szybko doszło też do upadku Rzeczpospolitej. Tej ostatniej nie zdołała uratować rzeczywiście głęboka i ważna reforma pijarska, gdyż przyszła zdecydowanie za późno.

Geopolityczna drzemka

"Niech na całym świecie wojna, byle Polska wieś spokojna" – tym hasłem, zaczerpniętym z Polski saskiej, podsumować można główne przesłanie polityki międzynarodowej obecnego rządu. Innym zawołaniem z tamtej epoki, aktualnym także dziś, jest nieustanne przestrzeganie, by "nie drażnić silniejszych". W sytuacji, gdy właśnie kształtuje się nowy układ geopolityczny, minister obrony Bogdan Klich przeprowadza operację rozwiązania polskiej armii – bo trudno inaczej nazwać zaprzestanie poboru przy jednoczesnym podaniu do wiadomości, że z powodu kryzysu nie będzie odpowiedniej liczby zawodowych żołnierzy w miejsce poborowych – oraz pozbawienia jej nowoczesnego uzbrojenia (także z przyczyn finansowych). W tym samym duchu utrzymane były zapewnienia Donalda Tuska (jeszcze rok temu), że światowy kryzys gospodarczy nam nie grozi, czy zarzekanie się Radosława Sikorskiego, że wybór Baracka Obamy nic nie zmieni w polityce USA wobec Polski. Te przykłady pokazują całkowite niezrozumienie rządzących, że przyszłość Polski nie zależy od wyników sondaży, ale od naszej woli podmiotowości.

W swoim eseju "Przekleństwo roku 1709" na ten sam problem zwracał uwagę Dariusz Gawin. Pisał on, że w czasach saskich brak realnej polskiej polityki zagranicznej (co z kolei było wynikiem braku świadomości w elitach rządzących, że zmienia się sytuacja w Europie) doprowadził do tego, że po zwycięstwie Rosjan pod Połtawą przyszłość Polski została w istocie przesądzona. Rozbiory, które przyszły później, były tylko logiczną konsekwencją ówczesnych zaniedbań. Tego, czego nie zrobili Sasi oraz i ich polscy współpracownicy, nie mogli już naprawić ani Czartoryscy, ani Stanisław Konarski, ani nawet Tadeusz Kościuszko z Janem Henrykiem Dąbrowskim. Za geopolityczny sen – w czasie, gdy inni działali zdecydowanie – przyszło nam drogo zapłacić. I nie inaczej może być obecnie.

Światowy kryzys gospodarczy, przetasowania na geopolitycznej mapie świata, przekształcenia wewnątrz Unii Europejskiej to niewątpliwie procesy, które zmienią świat. Odmowa uczestniczenia w nich lub pozostawianie najważniejszych rozstrzygnięć innym i zajmowanie się wyłącznie krajową połajanką partyjną – oznaczać może niedobre skutki dla przyszłości Polski. To bowiem, czego nie uzyskamy obecnie, może być już w przyszłości nieosiągalne, a dystans do najlepszych nie do odrobienia.

Jeszcze gorsze jest pozostawienie zadania formułowania kierunków polskiej polityki zagranicznej w rękach urzędników brukselskich lub wiara w to, że ustępliwością i pokorą można uzyskać najwięcej. Nie ma co ukrywać: od jakiegoś czasu taki właśnie pomysł na polską politykę zagraniczną dominuje w polskich mediach, ale także w wypowiedziach polityków. Donald Tusk, Radosław Sikorski oraz grono wspierających ich pomysły publicystów i komentatorów nieustannie przekonują, że zamiast wymachiwać szabelką trzeba wykonywać polecenia większych, nawet jeśli nam się to – na krótką metę – nie opłaca. W stosunkach z Rosją zalecana jest nam pokora jako gwarancja tego, że nic nam nie będzie grozić. Problem polega tylko na tym, że opinie takie zostały już sfalsyfikowane za czasów Stanisława Augusta Poniatowskiego. Trudno o polityka bardziej pokornego w odniesieniu do Rosji, ale nawet ta postawa nie pomogła uratować Polsce wolności.

Zaskakująco podobny do czasów saskich jest również stosunek do prowadzenia polityki czy publicystyki za obce pieniądze. W XVIII wieku (apogeum tego procesu nastąpiło za panowania Stanisława Augusta Poniatowskiego) nikt specjalnie nie wstydził się pobierania pensji od sąsiednich mocarstw. Ambasadorowie słali do swych władców monity z prośbami o większe pieniądze i cierpliwie kupowali magnatów, hetmanów czy biskupów, którzy zapewnić mieli zrywanie sejmów, odpowiedni wybór króla czy uniemożliwienie reformy armii. Dziś oczywiście sprawy odbywają się inaczej, ale nadal niemieckie czy francuskie fundacje cierpliwie budują sobie poparcie w Polsce, korumpując dziennikarzy czy polityków atrakcyjnymi wycieczkami, grantami czy stypendiami. Nie jest dla nikogo tajemnicą, że zdecydowana większość dziennikarzy specjalizujących się w tematyce niemieckiej korzysta ze wsparcia jednej z kilku fundacji partyjnych dotowanych z niemieckich środków budżetowych. Można to oczywiście zlekceważyć, ale trudno nie dostrzec, że dzięki temu Niemcy doprowadzili do sytuacji, w której trudno znaleźć w polskiej prasie głównego nurtu (poza "Rzeczpospolitą") teksty rzeczywiście krytyczne wobec polityki naszych sąsiadów. Dziennikarze, zamiast bronić polskich interesów, zajmują się wyjaśnianiem (niestety wbrew faktom), że ziomkostwa nie są groźne, a wypędzeni nie mają realnych wpływów politycznych.

Akceptację dla niejasnych powiązań finansowych z Niemcami widać było zresztą doskonale w przypadku sprawy rzecznika prasowego rządu Pawła Grasia, który od wielu lat mieszka za darmo w domu należącym do Niemca prowadzącego firmę przynoszącą straty. Polskie media, gdy się o tym dowiedziały, rozpoczęły festiwal natrząsania się z "cieciowania" ministra, nie zadano jednak na poważnie pytań o to, jakie są powody, dla których niemiecki przedsiębiorca (deklarujący wyłącznie straty) dotuje polskiego polityka; nie zastanawiano się nad tym, czy nie istnieje możliwość jakiegoś "służbowego powiązania", a gdy ktoś próbował stawiać takie pytania, to były one pogardliwie zbywane wzruszeniem ramion lub sugerowaniem "oszołomstwa".

Podobne stanowisko zajmuje niemała część komentatorów w stosunku do państw starej Unii. Te ostatnie mają zawsze rację, ponieważ kierują się interesem Europy, a nie własnym, zaś Polacy powinni wreszcie nauczyć się siedzieć cicho i korzystać z łaskawego wsparcia finansowego. Politycy czy publicyści wskazujący, że nie ma nic takiego jak interesy unijne, a są jedynie maskowane nimi interesy państw członkowskich – nieodmiennie dowiadują się, że nie rozumieją współczesnego świata i żyją w "prawicowym zaścianku".

Wszystkie te elementy sprawiają niestety, że tracimy ogromną szansę rozwoju politycznego i budowy bezpiecznego państwa. Kryzys i rządowy PR stają się usprawiedliwieniem faktycznego rozwiązywania armii; dobra prasa na Zachodzie stanowi powód, dla którego rezygnujemy ze stawiania własnych postulatów i egzekwowania ich; niechęć do drażnienia Rosji i Niemiec jest argumentem za rezygnacją z żywotnych interesów Polski i naszych najbliższych sojuszników. I nie ma się co pocieszać, że to, co jeden rząd zepsuł, inne mogą naprawić. Polska polityka nie zmienia się od lat, zaś ustępliwość jest od zawsze (z małym wyjątkiem) ogłaszana najwyższą cnotą. Wystarczyło, że na krótki czas władzę przejął rząd o innym spojrzeniu na geopolitykę (inna sprawa, że często rażąco nieskuteczny), a już rozpętała się międzynarodowa i wewnętrzna nagonka. A przecież historia (zarówno narodów, jak i jednostek) poucza, że to, czego nie da się uzyskać obecnie, może być już w przyszłości nieosiągalne, a dystans do najlepszych nie do odrobienia.

Być może więc przyszłe pokolenia będą mówić o naszym okresie historii, parafrazując słynne porzekadło o Sasach: "Za premiera Tuska jedz, pij i ciesz się z Buzka" (albo w innej wersji: "Za premiera Tuska jedz, pij i nie drażnij Ruska"). Czego, prawdę mówiąc, nikomu – ani Tuskowi, ani Buzkowi – nie życzę.

Wychować nowe elity

Aby jednak nasi potomkowie nie patrzyli na nas, jak my na magnaterię i szlachtę z pierwszej połowy XVIII wieku, konieczne są radykalne i szybkie działania. Próba politycznego wyleczenia schorzeń naszego państwa, jakim był projekt IV Rzeczpospolitej, nie udała się. Biorąc pod uwagę siłę układów medialno-towarzyskich oraz niejawnych powiązań z przeszłości wydaje się, że powieść się nie mogła. Dokładnie tak samo, jak niemożliwe było (z przyczyn zewnętrznych uwikłań, a także stanu wewnętrznego państwa) zreformowanie Polski już za czasów Augusta III. Reformę poprzedzić musiał wówczas długotrwały wysiłek edukacyjno-formacyjny. Nie inaczej jest obecnie. Nie będzie IV Rzeczpospolitej bez odzyskania uniwersytetów (które obecnie w większości są w rękach postkomunistów i dzieci rewolucji obyczajowej), szkół wyższych i formacji intelektualnej. Polsce potrzebny jest obecnie nie tyle wielki władca, ile ruch na rzecz wielkiej reformy edukacyjnej. Dopiero uformowanie młodzieży w duchu takim, jaki znamy z Collegium Nobilium czy Korpusu Kadetów, daje nadzieję na prawdziwą reformę. Dlatego priorytetowym polem aktywności powinna stać się sfera oświaty i wychowania.

Żeby działalność ta mogła jednak w przyszłości przynieść efekty (to znów nauczka z czasów saskich) konieczne jest zachowanie faktycznej suwerenności państwa i możliwości samodzielnego decydowania o własnych losach. Połtawa przesądziła o tym, że każda decyzja reformatorska musiała uzyskać kontrasygnatę Rosji, co skończyło się upadkiem Rzeczpospolitej. Teraz nie wolno dopuścić do tego, by możliwości reformatorskie Polski były ograniczane przez jakiekolwiek zewnętrzne organizacje czy instytucje międzynarodowe. Rzeczpospolita (niezależnie od numerków) musi mieć możliwość decydowania o własnej przyszłości. Żeby to było możliwe, niezbędna jest wola polityków, urzędników i dyplomatów, by bronić interesu Polski i nie dopuścić do ratyfikacji dokumentów szkodliwych dla naszej niezależności. Być może jednak najważniejsze dla zachowania potencjału reformatorskiego Rzeczpospolitej jest zachowanie kulturowego i cywilizacyjnego podglebia polskości, jakim jest katolicyzm. Bez silnego, odważnego Kościoła, który głosi prawdy niepopularne i nie wchodzi w korupcyjne dogadywanie się z bieżącymi "władcami" Polski, bez żywotności kulturowego kodu wyrosłego z wzorca katolicyzmu – nie będzie w przyszłości silnej i suwerennej Rzeczpospolitej. Siła katolicyzmu (w przestrzeni publicznej, niestety, coraz słabszego) to warunek mocy Polski.

To są warunki minimum zachowania możliwości odrodzenia i reformy. Jeśli nie zrobimy wszystkiego, by je spełnić, niewykluczona stanie się powtórka scenariusza z XVIII wieku. Nie oznacza to konieczności rozbiorów (prawo międzynarodowe i europejskie status quo w zasadzie wykluczają taki scenariusz), ale możliwość przekształcenia wolnej Rzeczpospolitej w przedmiot polityki międzynarodowej, a Polaków w posługujących się językiem polskim "tubylców" zamieszkujących ziemie między Odrą a Bugiem. Tubylców, którzy nie będą już tracić okazji do milczenia, a których elity (jak w czasach saskich i późniejszych) będą z zachwytem wpatrywać się w Niemcy, Rosję i Francję.

 

Tomasz P. Terlikowski

 

Zamów nowy numer kwartalnika Fronda.

/

Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »