Być może dziewczynka, która kilka dni temu została wydobyta na świat będzie z tego powodu, że stało się to publicznie, dumna, a może będzie wściekła. Raczej oczywiście będzie dumna, bo jest symbolem naszych czasów, w które jeszcze bardziej pchnie nas rok 2013. W tym roku choćby firma Fujitsu ma wdrożyć nowe, wspaniałe urządzenie, które pozwalać będzie na bieżąco inwigilować już nie tylko ludzi, ale i psy oraz koty. Dzięki zawieszonemu na szyi gadżetowi na bieżąco będziemy informowani o ich funkcjach życiowych, temperaturze ciała, ciśnieniu, diecie, przemieszczaniu się. Nie wystarczy nam już bieżące opowiadanie na Facebooku, czy już jesteśmy u fryzjera, czy jeszcze w warzywniaku i musimy również zapewnić to szczęście Azorkowi, żeby mógł pochwalić się, czy teraz bawi się sztuczną kością, czy je sztuczne mięso z puszki.
Będziemy mogli pochwalić się także tym, co na co dzień robimy, zacnym służbom bezpieczeństwa. My za to będziemy jeszcze bezpieczniejsi. W Nowym Jorku prorok Gates do spółki z policją zamontował tysiące kamer, które podłączone są do systemu zapamiętującego (z czasem ma też on rozpoznawać twarze), gdzie kto kiedy był w przeszłości. W Unii Europejskiej budowany jest jeszcze lepszy projekt, formalnie „dbający o bezpieczeństwo, w nagłych sytuacjach, w środowisku miejskim”, który będzie łączył monitoring i pamięć monitoringu, z informacjami ściąganymi z Internetu, w tym portali społecznościowych. Projekt nie będzie naruszał prywatności, pomimo, że może naruszać, bo tak zapewnili urzędnicy z Brukseli. Dlatego w przyszłości zapewne będzie można go podłączyć pod także tworzone dziś, coraz bardziej zintegrowane, bazy danych medycznych, a także bazy bankowe. Do tego czasu już niebawem będzie można zapoznać się z jego namiastką - która śledzić będzie w całym kraju nasze samochody.
Nie martwmy się, że jakaś współczesna e-esbecja wykorzysta to wszystko w niecnych celach. Że będzie używać tego na przykład w interesach niektórych koncernów przekazując informacje dotyczące ich konkurencji. Albo, że będzie szantażować kogoś kto ma raka lub padaczkę. Albo robić wrzutki do gazet kto z kim sypia, albo gdzie pije, żeby wykończyć swoich lub swoich mocodawców przeciwników. Albo dostarczać mafiom informacje o długach ich potencjalnych ofiar. Nie obawiajcie się tego. Chyba nie wątpicie w to, że w kraju, w którym sam premier miał bać się, że go własne służby podsłuchują, zwykły obywatel może czuć się w pełni bezpiecznie?
Ktoś powie, o ty hipokryto! Bronisz żądnych mamony tabloidów, a czepiasz się monitoringu prowadzonego w imię naszego bezpieczeństwa? Właśnie tak.
Bo paparazzi chodzą za osobami publicznymi, przede wszystkimi związanymi z władzą. Medialna brutalność i często nadmierne naruszanie prywatności osób publicznych to koszt wolności słowa, która pozwala obywatelom kontrolować władzę poprzez media. Zupełnie inaczej jest kiedy władza, ludzie, którzy ją współtworzą, czasem dobrzy, a czasem źli, skorumpowani i zdeprawowani, mają instrumenty by łatwo kontrolować, śledzić, a i zniszczyć każdego obywatela.
Rozumiem, że wielu osobom, może większości, to nie przeszkadza. Żyjemy w czasach ekshibicjonizmu. Kiedyś jak ktoś był homoseksualistą, to był i tyle. Załatwiał swoje kwestie seksualne gdzieś w domowym zaciszu. Dziś musi paradować ulicą, robić z tego emblemat i na co dzień przynależeć do gejowskiego festynu. Jak ktoś chciał zapalić nielegalnie opium, to znajdował odpowiednie nielegalne miejsce, i sobie palił. Dziś miłośnik marihuany musi z niej zrobić swoje hasło polityczne i łazić w koszulce z liściem. A jak ktoś lubi pobiegać to musi należeć do joggingowej kultury i obwieszać się typowymi dla niej gadżetami.
A ja lubię biegać sam po nocach. I nie chcę wcale się chwalić, szczególnie przed dżentelmenami ze służb, ale też producentami aplikacji medialnych i bankami, z kim rozmawiam przez telefon, z kim jadam, sypiam, gdzie kupuję bułki i w jakim stanie jest moja wątroba. Nie jestem bandytą, aferzystą, nikt mnie o nic nie podejrzewa, nie jestem wysokim urzędnikiem ani dyplomatą, więc nie życzę sobie „retencji” moich danych, czytania bilingów i śledzenia mojego samochodu. Niestety w tym przypadku nie mam żadnego wyboru.
W świecie, w którym pozornie dba się o każdą, nawet najbardziej absurdalną mniejszość, nie respektuje się prawa nader istotnej grupy - ludzi, którzy nie chcą być inwigilowani, uważają, że mają prawo do intymności i prywatności. Co ciekawe, ostatnio - zdaje się - premier Tusk zaliczył siebie do tej mniejszości.
Tak interpretowane są często zmiany personalne w ABW. I tu - na koniec - optymistyczny akcent. Bo może takich cudownych nawróceń będzie więcej.
W końcu kamery można obracać w dwie strony. Inaczej trzeba będzie, jak dwieście lat temu luddyści - wziąć młotki i po prostu zacząć tłuc to ustrojstwo.
Wiktor Świetlik
Artykuł ukazał się na portalu sdp.pl
