Używam określenia „wyprzedaż” zamiast oficjalnego „prywatyzacja”, bo praktyka rządów Bieleckiego, Suchockiej czy Pawlaka niewiele miała wspólnego z teorią. Nie był to przywoływany oficjalnie thatcheryzm ani reaganomika, ale rozpaczliwe poszukiwanie kasy. Sprzedawano więc nie to, co wymagało restrukturyzacji, ale w pierwszym rzędzie to, co się właśnie jeszcze nadawało, co − jak dowodzi dziś przykład niemiecki − gdyby dostało szansę, mogłoby się stać na wiele lat kołem zamachowym polskiej gospodarki. Sprzedawano nie temu, kto dawał szansę rozwoju przedsiębiorstwa, ale temu, kto dawał więcej, choćby prowadziło to do przekazania strategicznego przedsiębiorstwa państwowego przedsiębiorstwu również państwowemu, tyle że obcego państwa.
Słowem, prywatyzacja nie była, jak w teorii, instrumentem modernizowania gospodarki i zwiększania jej konkurencyjności, ale wyłącznie sposobem dopięcia bieżących bilansów i unikania prawdziwych reform, które nie były w interesie warstwy rządzącej. W pewnym momencie nawet przestano to ukrywać, otwarcie rozliczając kolejnych ministrów skarbu z tego, za ile kasy zdołali podczas swej kadencji „sprywatyzować”.
Całość felietonu Rafała A. Ziemkiewicza na Dorzeczy.pl
eMBe
