Po katastrofie smoleńskiej wiele osób i doniesień medialnych wskazywało na błędy w działaniu kontrolerów lotu w Smoleńsku oraz złą pracę jednej z radiolatarni, które służą do naprowadzania samolotu. Teraz okazuje się, że jednak z radiolatarni została źle zamontowana. Rosjanie ustawili ją o 650 metrów bliżej pasa niż powinni. Zmylili w ten sposób polskich pilotów, którzy dysponowali kartami podejścia z zaznaczonym prawidłowym umiejscowieniem radiolatarni.

Radiolatarnia to urządzenie sygnalizujące pilotom w jakiej odległości od lotniska się znajdują. Załoga polskiego Tupolewa przelatując nad nią myślała, że jest dalej od lotniska niż była w rzeczywistości. Pilot polskiego JAKa-40, który lądował w Smoleńsku przed katastrofą, zeznał, że radiolatarnia nie tylko była źle ustawiona, ale także była zepsuta i nadawała sygnał z przerwami.

Artur Wosztyl zaznaczał, że radiolatarnie rozstawione były w innej od siebie odległości, niż podano to naszej załodze w tak zwanych kartach podejścia, czyli oficjalnych dokumentach, według których piloci powinni ustawić parametry lotu. Według nich, radiolatarnie miały być ustawione od siebie w odległości 5,15 km, a w rzeczywistości stały oddalone od siebie od 4,5 km.

10 kwietnia rano nad lotniskiem była gęsta mgła, wskazania radiolatarni były dla pilotów prezydenckiej maszyny jednym z podstawowych wskaźników, według których orientowali się w położeniu samolotu.

– Sprawnie działające obie radiolatarnie i ustawione odpowiednio określają prostą dolatywania do lotniska – tłumaczy Grzegorz Sobczak, ekspert ds. lotnictwa. Jeśli jedna z nich działa wadliwie, jak podkreśla ekspert, piloci po prostu nie wiedzą, gdzie się znajdują. – Radiolatarnie ustawiają ścieżkę podejścia do lądowania. Jeżeli ich wskazania są jedynym środkiem nawigacyjnym dla załogi, to tylko opierając się na nich piloci wiedzą, gdzie są – dodaje major Michał Fiszer, ekspert ds. lotnictwa.

Wojskowi prokuratorzy prowadzący śledztwo w sprawie katastrofy badają ten wątek sprawy. – Nie możemy wypowiadać się o szczegółach zeznań złożonych w prokuraturze – zastrzega jednak kapitan Marcin Maksjan z wojskowej prokuratury. – Mogę tylko powiedzieć, że kwestia urządzeń na lotnisku w Smoleńsku jest dla nas niezwykle istotna i wciąż czekamy na przekazanie nam przez stronę rosyjską dokumentów w tej sprawie – zaznacza.

Jednak polscy śledczy bez dokumentów z Rosji w tej sprawie są bezradni. Może to skutecznie uniemożliwić również ustalenie winnych katastrofy. Wciąż nie wiedzą bowiem – przynajmniej oficjalnie – jaki był stan urządzeń na lotnisku, m.in. właśnie tej radiolatarni. – Mamy zeznania pilotów, ale nie mamy dokumentów od Rosjan – tłumaczy mecenas Bartosz Kownacki, jeden z pełnomocników rodzin ofiar katastrofy. – A Rosjanie właśnie tych, kluczowych absolutnie materiałów na temat lotniska i urządzeń, nie chcą nam wydać, zasłaniając się tajemnicą wojskową. Prawda jest taka, że bez dokumentów od Rosjan bardzo trudno będzie naszym prokuratorom wskazać winnych przyczyn katastrofy – dodaje Kownacki.

żar/Fakt.pl

/

Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »