- Na każdej z list w okręgu wyborczym, może być dwa razy więcej osób niż mandatów w danym okręgu. W Warszawie każdy komitet wyborczy może wystawić listę 40 kandydatów, a mandatów jest 20. To powoduje, że poważni ludzie, nie chcą kandydować w formule „na zająca” z dalszych miejsc. Jednak muszę dodać, że z listy silnej partii można wejść nawet z ostatniego miejsca. Tam gra jest ostra i liczy się każdy kandydat. Pamiętajmy, że ok. 40 proc. wszystkich głosów otrzymuje lider danej listy.
Zasada przy konstruowaniu list partii polega na tym, aby zapełnić karty wyborcze osobami jak najbardziej popularnymi. PJN nie mając struktur i ludzi robi taki szeroki zaciąg. Tutaj trzeba uważać, aby nie było osób skompromitowanych. Sposobem jest też znalezienie kogoś o tym samym nazwisku co popularna osoba. Pamiętam, że kiedyś, bodaj z woj. lubelskiego kandydowała Edyta Górniak, choć ze znaną piosenkarką nie miała nic wspólnego.
Są jednak pewne zawody, zainteresowania, które lokalnie przyciągną wyborcę. Popularni są tzw. segmentowi kandydaci, czyli znani w swoich zintegrowanych środowiskach jak: lekarz, nauczyciel, działkowiec, leśnik... Na nich oddaje się tzw. głosy osobiste, wybiera ich rodzina. Są też wygodni, bo nie zagrażają liderom – daje Raciborski.
Not. JW

