„Anna Guzik cierpi, bo uprawia seks przed ślubem”. Taki tytuł przemknął mi przed oczami, kiedy robiłam poranną prasówkę. Zaintrygowana kliknęłam w „news” na portalu Superka (swoją drogą, chyba największego polskojęzycznego zbioru łóżkowych wynurzeń gwiazd). Kliknęłam i się zdziwiłam. Popularna aktorka cierpi, bo – jak sama przyznaje – żyje w grzechu. Chodzi o to, że 36-letnia Guzik od ponad trzech lat jest w związku z instruktorem snowboardu, Wojciechem Tylką. Para jest już narzeczeństwem, jednak jeszcze nie małżeństwem, w związku z czym, podejmowana przez nią aktywność seksualna jest grzechem. I aktorka doskonale zdaje sobie z tego sprawę. - Żyję w grzechu. Póki nie stanę na ślubnym kobiercu, żyję w grzechu – stwierdza ze smutkiem w rozmowie z „SE”.

 

Jak się okazuje, Guzik jest osobą wierzącą, choć jak sama przyznała, z praktykowaniem zasad związanych z religią różnie bywa. - Jestem katoliczką - mówi z dumą, i przyznaje, że z tego powodu nieraz spotykała się w środowisku z brakiem zrozumienia. Zapewne, po zwierzaniu się tabloidowi z cierpienia związanego z uprawieniem przed ślubem seksu, tego zrozumienia w aktorskim środowisku będzie jeszcze mniej, dlatego tym bardziej postawa Guzik zasłużyła moim zdaniem na uwagę. Nie, nie po to, żeby naśladować aktorkę, która ewidentnie nieco się pogubiła. Ale w aktorskim, jak i szerzej – popkulturowym światku, który na hasło „czystość przedmałżeńska” reaguje histerycznym śmiechem refleksja Guzik jest swego rodzaju ewenementem.

 

Oczywiście, nie ma co się rozwodzić nad tym, że aktorka nie miałaby powodów do cierpień, gdyby poczekała z seksem do ślubu więcej, skoro już jest w stanie logicznie przyznać, że złamanie czystości przedmałżeńskiej przynosi jej nie tylko uczucie dyskomfortu, ale realne cierpienie, to wypadałoby zwyczajnie zaprzestać praktyk, które są jego źródłem. Wyznanie Guzik jest jednak o tyle ciekawe, o ile zwykle w mediach promowane są rozwiązłe postawy, a zachowywanie czystości do ślubu przedstawia się jako oszołomski, rodem z ciemnogrodu zabobon. Nie tylko w filmach, także w życiu, coraz więcej związków zaczyna się nie od rozmowy, wchodzenia w relację, wzajemnego poznawania się, ale do pocałunku, albo nawet spędzenia wspólnej nocy. Potem jest kolejny partner, i kolejny, jakby ci wszyscy poprzedni byli bez znaczenia. To dla mnie po prostu niepojęte, z jaką lekkością podchodzi się do „tej” sfery życia. Może nie najważniejszej, ale przecież także bardzo ważnej, w ramach której pomiędzy dwójką dorosłych osób tworzy się jedyna w swoim rodzaju, wyjątkowa intymna więź. Żyjąc sobie jak zwierzątka, które kopulują z kim popadnie i gdzie popadnie (vide: artykuł w najnowszym tygodniku „Newsweek”), sami sobie odbieramy szansę na stworzenie niepowtarzalnej relacji z tą jedną, jedyną osobą.

 

Popkultura a za nią mainstreamowe media usiłują pokazać nie tylko to, że taki „lajfstajl” jest normą, bo „wszyscy tak robią”, ale także to, że nie ma on żadnych negatywnych konsekwencji, że bilans takiego życia zawsze wychodzi na plus. Nie mam zamiaru wchodzić w moralizatorski ton i wypowiadać się autorytarnie do ludzi w moim wieku, którzy może gdzieś tam przeżywają podobne dylematy. Założę się jednak, że gdzieś tam w środku chcieliby oni, aby ich przyszła żona czy mąż, byli tylko dla „nich”. Dałabym sobie nawet rękę uciąć, że osoba, która podchodzi do seksu nie traktując go jedynie jako „wymiany płynów” (cytat z niezapomnianego Russell'a Crowe'a w „Pięknym umyśle”) idąc do łóżka z osobą, która ma „to” już za sobą, choć raz w życiu pomyślała „cholera, on/ona już „to” z kimś robiła; jak to wyglądało? Było im dobrze ze sobą?”). M.in. innymi po to, aby uniknąć takich dylematów jest czystość przedmałżeńska. I także po to, by w skład tej jedynej i niepowtarzalnej relacji, jaka zachodzi pomiędzy NIĄ i NIM, rzeczywiście byli tylko ON i ONA, a nie jeszcze cały szereg poprzednich „nich”.

 

Marta Brzezińska