Dariusz Wiśniewski jechał pociągiem TLK "Brzechwa" z Przemyśla do Warszawy. Siedział w ostatnim wagonie. Kiedy skład dojeżdżał do miejscowości Szczekociny nagle - jak relacjonuje - poczuł silne uderzenie. - Nie było gwałtownego hamowania, tylko to uderzenie. Nagle zrobiło się ciemno i pociąg stanął. Kazano nam nie wychodzić - opowiada. Po około 20-30 minutach on i współpasażerowie wydostali się jednak z wagonu. - Kiedy wyszliśmy, zobaczyliśmy co się stało: rannych, zabitych. Nie wierzyłem. Pierwszy raz coś takiego zobaczyłem. To była miazga - przyznaje.


O tym, że maszynista nie próbował gwałtownie hamować mówi też inny z pasażerów "Brzechwy". - Poleciałem na osobę, która siedziała przede mną. Zaczęło nami rzucać, lataliśmy jak torby - relacjonuje. Potem był "swąd, dźwięk zgniatanego metalu i piski". - A my modliliśmy się tylko żeby nas nie przewróciło. Pasażerowie wagonu numer "13" wychodzili przez okna. - To był chyba pierwszy, który nie był tak strasznie zniszczony. Złamał się w dwóch miejscach. Na jego dachu wisiał inny wagon. Chyba z drugiego pociągu - opowiada mężczyzna. Poszkodowani chwalą początki akcji ratunkowej. - Bardzo szybko pojawiali się strażacy ze sprzętem. Do tego czasu pasażerowie robili sami tyle, ile mogli i pomagali uwięzionym. Ale widzieliśmy też ciała tych, którym nie dało się pomóc - przyznawał poszkodowany mężczyzna.


Do zderzenia dwóch pociągów relacji Przemyśl-Warszawa i Warszawa-Kraków w Szczekocinach na Śląsku doszło kilka minut po godzinie 21. W katastrofie zostały ranne 54 osoby. Potwierdzono też śmierć 14 pasażerów. Na miejscu przez całą noc pracowało kilkuset strażaków i 100 funkcjonariuszy policji. W akcji udział brały też dwa śmigłowce Lotniczego Pogotowia Ratunkowego: z Warszawy i Wrocławia. Na Śląsk w sobotę wieczorem ruszyli premier Donald Tusk oraz ministrowie: SWiA, zdrowia oraz transportu. - Wszystko wskazuje na to, że jest to jedna z najpoważniejszych katastrof kolejowych ostatnich lat w naszym kraju. W tej chwili emocje biorą górę - mówił na gorąco w TVN24 Sławomir Nowak. Ostatnie dane mówią o 54 rannych i 15 ofiarach śmiertelnych.


JW/tvn24.pl