- Miałem wrażenie, że razem z tym plakatem, z którym można się zgadzać lub nie zgadzać, zwinięto demokrację. Tak chyba było za komuny – powiedział redaktor naczelny telewizji Razem.tv, Mateusz Dzieduszycki. W ten sposób skomentował skandaliczne zatrzymanie obrońców życia, którzy ze swoją wystawą antyaborcyjną pojechali na Przystanek Woodstock w Kostrzynie nad Odrą. Dopiero na komisariacie Mariusz Dzierżawski, szef Fundacji PRO dowiedział się, że postawiono mu zarzut prezentacji nieprzyzwoitych treści w miejscu publicznym, tj. popełnienia wykroczenia z art. 141 Kodeksu wykroczeń. - Miałem wrażenie, że policja gorączkowo poszukuje pretekstu, by uzasadnić zdjęcie nas z Przystanku Woodstock – mówił podczas wtorkowej konferencji prasowej Dzierżawski. - Brak mi słów na takie zamykanie swobody dyskusji. Państwo policyjne? Coś w tym obszarze, nie wszędzie tak jest, ale na takie praktyki trzeba reagować – dodawał Dzieduszycki, obecny podczas zatrzymania prolajferów w Kostrzynie.
A takich praktyk jest niestety coraz więcej. Praktyk, w ramach których tylko jedna strona jest obiektem zatrzymań, tylko jednej stronie stawia się zarzuty i tylko jedna strona jest szykanowana (czy można tu już mówić o współczesnym wymiarze prześladowania chrześcijan?), podczas gdy drugiej niemal wszystko uchodzi płazem. Zatrzymanie obrońców życia za to, że swoją antyaborcyjną wystawą prezentowali nieprzyzwoite treści (sic!) w miejscu publicznym to najświeższy, a zarazem jeden z najwyrazistszych przykładów dyskryminowania chrześcijan. Podobne można by długo wymieniać. Choćby skazanie proboszcza z Lewina za to, że dźwiękami dzwonu kościelnego zakłócał ciszę nocną. Dla kontrastu warto przypomnieć, że jednocześnie te same sądy uniewinniają gościa, który drze na scenie Pismo Święte, albo faceta, który w rajtuzach i przebraniu motyla zakłóca procesję Bożego Ciała. Czyli ciszy nocnej zakłócać nie można, bo to świętość, ale „katolskie marsze” - a owszem! - Niebezpieczeństwo dyskryminacji religii pojawia się wtedy, gdy sąd powołany do stania na straży prawa staje po stronie nadwrażliwej jednostki, a przeciw całej grupie religijnej – napisał w „Rzeczpospolitej” Marek Derlatka, adwokat, który tym samym podkreślał, że przecież proboszcz nie jest jedynym podmiotem odpowiedzialnym za używanie kościelnych dzwonów. Służą one całej wspólnocie parafialnej, ale skazanie całej parafii za zakłócanie czyjegoś snu mogłoby wydawać się czymś niemożliwym.
Taki absurdalny scenariusz staje się jednak coraz bardziej możliwy, jeśli przypomnimy sobie kilka innych, podobnych spraw, w których skarżący domagali się wypłaty odszkodowania z tytułu wątpliwego urażenia ich uczuć. - Kazus kościelnych dzwonów nie jest jedynym przypadkiem dyskryminacji religii katolickiej. Jeżeli z jednej strony zestawimy uniewinniający wyrok za publiczne podarcie Biblii, a z drugiej strony wyrok skazujący księdza za używanie dzwonu kościelnego, dochodzi do absurdalnej sytuacji dowodzącej rażącej asymetrii w podejściu do spraw wolności sumienia i wyznania – podkreślał Derlatka.
Co znamienite, to wszytko ma miejsce w kraju, w którym co tydzień do kościoła chodzi 40 proc. obywateli, a niemal 90 proc. deklaruje się jako osoby wierzące. Po raz kolejny dochodzi zatem do sytuacji, w której jakaś mniejszość (przyjmując te statystki za odzwierciedlające rzeczywistość) wrzeszczy tak głośno, że zagłusza większość. A przecież żyjemy w demokratycznym państwie (oczywiście, system wcale niedoskonały, ale jak na razie nikt nie wymyślił lepszego). Dlaczego więc zdecydowana większość ma się poddawać terrorowi jakiejś niewielkiej grupki społecznej, która ma zakodowaną w DNA alergię na religię?
Wszystko dlatego, że „nieco” pomyliło nam się znaczenie pojęcia „tolerancja”, na co zwracał uwagę także Derlatka. „Tolerancja jest chyba jednym z najbardziej nadużywanych i niezrozumiałych słów, które jest często mylone z akceptacją, aprobatą, poparciem. A przecież tolerancja to cierpliwe znoszenie, pogodzenie się z czymś, co raczej nam nie pasuje” - pisał w „Rzepie”. Mnie, podobnie jak pana Derlatkę, także do szewskiej pasji doprowadzają dźwięki przemykających pod moim oknem w późnych godzinach nocnych motorów (tu apel do motocyklistów: błagam, szusujcie sobie w dzień, bo jak silnik wydający odgłosy traktora przejeżdża nocą kilka razy pod oknem to zwariować można), ale nigdy na myśl nie przyszło mi, aby zawiadamiać o tym policję. A przecież dźwięk kościelnych dzwonów (nawet w środku nocy) to, w porównaniu z takim warczeniem kojąca zmysły kołysanka.
Znamienite jest także to, że ci wszyscy, którzy tak domagają się tolerancji dla swoich poglądów (czynów, dewiacji, etc.) jednocześnie reprezentują swoją postawą skrajną nietolerancję dla osób mających odmienny światopogląd. Coś na zasadzie prymitywnej mentalności Kalego, który – jeśli jemu ukraść krowę, będzie podnosił larum, ale jeśli jemu uda się capnąć czyjąś własność, to gitara gra.
W takiej sytuacji (i przy tak specyficznie pojmowanej tolerancji) chyba nie pozostaje nic innego, jak zastosować prymitywną logikę „jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie”. Oni nam „zero tolerancji”, to my im także.
Marta Brzezińska

