Marta Brzezińska: Jak dziś wyglądałby Kościół, gdyby nie Sobór Watykański II?

 

Ks. Robert Skrzypczak: Trudno mi to sobie w ogóle wyobrazić. Sobory w Kościele nigdy nie były traktowane jako wydarzenia czysto ludzkie, które można sobie zaplanować. Były traktowane jako interwencja Ducha Świętego. Takich „bożych interwencji” mieliśmy w historii Kościoła 21. Z tego powodu same sobory i wszystko, co się na nich dzieje, jest postrzegane jako dar Boga. Decyzje soborowe mają charakter wiążący dla wszystkich chrześcijan. Traktuje się je jako część urzędu nauczycielskiego Kościoła na równi z decyzjami i głosem samego papieża. Dlatego można powiedzieć, że SVII z całą pewnością był czymś przewidzianym i potrzebnym. Przede wszystkim ze względu na konieczność dotarcia z przesłaniem chrześcijańskim do współczesnego człowieka, żyjącego w zmieniających się warunkach. Do człowieka, który mówi innym językiem, operuje innymi kategoriami umysłowymi. Chodziło o to, aby poprzez sobór Kościół na nowo nawiązał kontakt ze współczesnym człowiekiem i na nowo zaproponował mu zbawcze przesłanie Jezusa Chrystusa. Dlatego też SVII od samego początku nazywany był soborem duszpasterskim. W założeniu nie przyświecała mu konieczność zwalczania jakiejś herezji albo ogłaszania nowego dogmatu wiary. Jego celem było raczej poszukiwanie nowego sposobu niesienia współczesnemu człowiekowi orędzia Jezusa Chrystusa.

 

(...)

 

Pięćdziesiąt lat, które właśnie mija od SVII to taki okres czasu, po którym można się pokusić o ocenę pewnego wydarzenia, zapytać o jego pozytywne i negatywne owoce. Jakie dziś, po tych pięćdziesięciu latach widzi Ksiądz dobre owoce SVII?

 

Wśród najważniejszych dokonań SVII wymienia się przede wszystkim odnowione podejście Kościoła do Pisma Świętego, odkrycie w nim Słowa Bożego, czyli nie tylko samego tekstu literackiego, jaki stanowi Biblia, ale pewnego sposobu, w jaki Bóg mówi do współczesnego człowieka. Słowo Boga jest zawarte w Piśmie św., a jego lektura pozwala nam odkryć, że Bóg używa w stosunku do człowieka języka, jakim jest historia. Jest Bogiem faktu, wydarzeń. Drugim, bardzo ważnym osiągnięciem było ponowne odczytanie teologii ojców Kościoła, jaką żył Kościół w pierwszym tysiącleciu. Wtedy ta teologia ta nie została jeszcze nadmiernie zracjonalizowana poprzez scholastykę zachodnią. To było wydobycie na nowo pewnego sposobu odczytywania wydarzenia Chrystusa. Nie koncentrowano się już tylko na Golgocie i cierpieniu Chrystusa, ale odkryto wydarzenia paschalnego, czyli Zmartwychwstanie. Sercem chrześcijaństwa i chrześcijańskiego kerygmatu, sercem Ewangelii jest Dobra Nowina o Zmartwychwstaniu Chrystusa. Śmierć została pokonana!

 

(...)

 

Czyli to nie postanowienia soborowe były złe, ale sposób ich wprowadzania.

 

Każda kolejna rocznica SVII prowokuje do oceny, podsumowania. Pięćdziesiąta rocznica wywołuje także pewną falę krytyki, dlatego że dziś dochodzi do głosu wielu krytyków SVII pozostających po stronie tzw. konserwatystów, czyli tych, którzy nie przyjmowali od samego początku z entuzjazmem wszystkich postanowień soborowych. Dziś właściwie, jeśli przypisuje się samemu soborowi jakąś „winę”, to przede wszystkim za niejednoznaczne sformułowania w dokumentach. SVII w odróżnieniu od poprzednich soborów wyrażony został innym językiem. Ojcowie soborowi nie korzystali już z języka jurydycznego, prawnego, nie posługiwali się anatemami (potępieniem fałszywych doktryn, błędnego myślenia), zrezygnowali z kar kościelnych, dyscyplinowania wiernych. SVII nawiązywał do tradycji pierwszych wieków chrześcijaństwa, ojców Kościoła. Postanowiono przemówić językiem duszpasterstwa, nawiązując do św. Augustyna, św. Ambrożego. Jest to język bardziej biblijny, bardziej patrystyczny, język wiary. To później zaowocowało pewną niejednoznacznością w odczytywaniu przesłania soborowego. Bardziej egzystencjalny język zostawia bowiem dużą dowolność w interpretacji. Jak się dziś okazuje z perspektywy pięćdziesięciu lat zamiar ojców soborowych został niejednokrotnie źle odczytany przez ludzi, którzy mieli przede wszystkim zbyt wielką chęć reformowania (liturgii, dyscypliny, nauczania soborowego), albo za bardzo chcieli dopasować katolicyzm do myślenia protestanckiego, zwłaszcza na obszarach gdzie Kościół katolicki żyje w otoczeniu większości protestanckiej. Czasami także reforma Kościoła padła ofiarą zbytniego dostosowania się do współczesnej mentalności, czyli mentalności człowieka zlaicyzowanego. Efekt był taki, że zamiast zanieść współczesnemu zlaicyzowanemu człowiekowi treść Dobrej Nowiny głoszonej jednym językiem, w wielu strukturach kościelnych to sam Kościół pozwolił się bardziej zlaicyzować, czego skutki widzimy, zwłaszcza w Europie zachodniej, gdzie przemiany następowały zbyt gwałtownie i w sposób zbyt entuzjastyczny, a więc mało przemyślany.

 

Czy właśnie to duże pole do interpretacji zaowocowało tym, że wiele osób powołuje się na tzw. ducha sobory w imię dialogowania z osobami o innym światopoglądzie? To właśnie na gruncie tego dialogowania pojawia się wiele nadinterpretacji, a nawet wypaczania nauki Kościoła w kwestiach szczególnie drażliwych, dotyczących moralności, etyki seksualnej, etc. Jak odróżnić to, co naprawdę chcieli powiedzieć ojcowie soborowi od tego tzw. ducha soboru, który pozwala na pewne daleko idące nadinterpretacje?

 

Można powiedzieć, że zazwyczaj w historii zbawienia, historii chrześcijaństwa, ogólnie rzecz biorąc, interwencja Boga w dzieje człowieka zazwyczaj prowokowała siły przeciwstawne Kościołowi. Kościół zawsze miał swoich wrogów. Największym z nich jest grzech i szatan, który próbuje zniekształcić ludziom przesłanie Chrystusa i oddalić człowieka od relacji ze Zmartwychwstałym. Można powiedzieć, że dziś z perspektywy pięćdziesięciu lat mamy do czynienia nie tylko z pewną pomyłką w interpretowaniu takich czy innych zapisów soboru, ale jakby w ten proces wprowadzania soboru w życie wplątał się inny proces, pewnej idolatrii, czyli ubóstwienia tego tzw. ducha soboru. Pojęcia bardzo ogólnego, którym próbowano usprawiedliwić czasami działania nie mające nic wspólnego z duchem Jezusa Chrystusa, np. zlaicyzowanie się Kościoła, oderwanie wiernych od przywiązania do liturgii, przywiązania do sakramentów, zniekształcenie nauczania moralnego. Tym, co było jednak najtragiczniejszym skutkiem, było oderwanie katolików od wyznania wiary, credo, zniekształcenie albo wybiórcze potraktowanie depozytu wiary. Dziś, używając bardziej religijnego języka, można by powiedzieć, że w ten delikatny proces reformowania Kościoła wdarł się duch antychrysta. Tam, gdzie pojawia się duch Boży, tam też nieraz próbuje zamanifestować swoją moc Zły. To jest dziś głównym wyzwaniem, przed którym stoi Kościół. Kościół, który potrzebuje na nowo odczytać pozostawione przez SVII przesłanie. Wielu z tych, którzy dziś dyskutują o soborze, krytykują go, albo wręcz odwrotnie - bezkrytycznie próbują bronić, tak naprawdę albo nigdy, albo już dawno nie czytało dokumentów soborowych. W tym ponownym odczytywaniu soboru potrzebujemy pokornie wrócić i odczytać dokumenty soborowe, odczytać świadectwa ludzi, którzy brali w nim udział (zachowało się wiele dzienników, pamiętników). Także Karol Wojtyła, który brał udział we wszystkich sesjach soborowych zostawił podręcznik odczytywania SVII napisany cztery lata po zakończeniu obrad - „U podstaw odnowy”. Dziś także potrzebujemy wrócić do tego, co mówią papieże, jak oni odczytują SVII, poczynając od Pawła VI, przez Jana Pawła II, a teraz Benedykta XVI. Potrzebujemy pokornie nawracać się do soboru i akceptować fakt, że jest on związany z pewnym procesem odradzania się chrześcijaństwa. Odradzanie się ma przecież wiele wspólnego z czynnością rodzenia, a to nie raz jest bolesne. Epoka posoborowa jest bolesna dlatego, że wiąże się z tymi bólami porodowymi.

 

Rozmawiamy o takich nadinterpretacjach, które idą w kierunku relatywizowania pewnych postanowień soboru, zwłaszcza tych dotyczących kwestii moralnych, ale przecież doskonale zdajemy sobie sprawę z tego, że wypaczenia szły także w przeciwną stronę. Mamy przecież także dość silne i liczne środowisko, które same o sobie mówi „tradycjonaliści”. To przecież także w jakiś sposób wypacza nauczanie SVII.

 

Już w trakcie obrad zaczęły się wyłaniać dwa przeciwstawne skrzydła odniesienia do posoborowych postanowień. Pojawiła się grupa bardzo entuzjastycznie odnosząca się do soboru, którą nazywamy reformatorami albo progresistami. Ale była także opozycja, której najbardziej rozpoznawalnym reprezentantem jest abp Marcel Lefebvre. Związane z nim środowisko odrzuciło postanowienia soborowe i kształt zreformowanej liturgii, pozostając przy tradycji i duchu epoki Piusów. W okresie posoborowym niejako zantagonizowały się pomiędzy sobą te dwa skrajne, przeciwstawne środowiska, doprowadzając do pewnego sztucznego (nienaturalnego z punktu widzenia istoty Kościoła, który jest jeden) spolaryzowania środowiska kościelnego. Dziś powoduje to pewien kryzys w kościele, dlatego, że środowiska te mają sobie coraz mniej do powiedzenia i coraz bardziej zmęczone są dyskutowaniem. Nie chcą już ze sobą rozmawiać, a to zawsze jest symptomem kryzysu. W małżeństwie, rodzinie, wspólnocie kryzys zawsze jest owocem tego, że ludzie przestają ze sobą rozmawiać, a przede wszystkim zaprzestają szukania dróg pojednania. To takie manichejskie, przeciwstawne spolaryzowanie się tych dwóch środowisk, które chcą narzucić swoją interpretację soboru (pozytywną lub negatywną) przyczynia się do utrwalania fałszywego obrazu i hermeneutyki (interpretacji) SVII.

 

Rozmawiała Marta Brzezińska

 

Całość rozmowy można przeczytać w kolejnym numerze „Niecodziennika” - pisma wydawanego przez studentów związanych z portalem Duchowy.pl. „Niecodziennik” jest dziś bezpłatnie rozdawany przy wszystkich stacjach metra w Warszawie.