Doceniony przez portal Natemat.pl, Wencel idzie jeszcze dalej i przekonuje, że kard. Dziwisz, który przyznał, że wspierał modlitwą naszego bramkarza, niemalże „kupił mecz”. - Chcę odpowiedzialności za słowa, które wypowiadają ważne osoby. Dziwisz teraz się reklamuje, bo wymodlił u Boga interwencję. Gdyby Tytoń nie obronił karnego to czy kardynał by się tak obnosił ze swoją interwencją? Sądzę, że nie. Racjonalne zastępuję się nieracjonalnym. Chciałbym się dowiedzieć, jak można z Bogiem coś załatwić – komentuje Wencel.
- Gdyby skończyło się tylko na przeżegnaniu, to nic bym nie mówił. Ale bramkarz wciskał później, że boska interwencja mu pomogła. Wtedy już nie wytrzymałem. I pytam raz jeszcze dlaczego utrzymuje, że to akurat jego Bóg to zrobił a nie mój? A może ktoś prosił o to Jahwe i w ten sposób jest dyskryminowany – snuł dopytywany przez portal Tomasza Lisa bloger.
Do skomentowania wypowiedzi mało komu znanego Erwina Wencla zaproszony przez Natemat.pl został dominikanin, o. Tomasz Aleksiewicz, który z drwiną poradził blogerowi, by złożył do prokuratury doniesienie o „ustawionym meczu.
- Ja wciąż nie do końca rozumiem pobudek autora tego bloga. Wydaje mi się, że to subiektywne odczucia, które próbuje on zobiektywizować. Powtarzam, że nie ma w tym nic złego. To jakiś absurd. W imieniu "Wszechświatowej Izby Zwalczania Tytoniu" mógłbym protestować, że Tytoń promuje swoim nazwiskiem zabójczą truciznę. Miałby to tyle samo sensu co insynuacje, że zhańbił kadrę – przekonywał zakonnik.
Głos w sprawie zabrał także ks. Kazimierz Sowa, który przekonuje, że „podczas meczu generalnie większą wiarę pokłada w nogach i umiejętnościach piłkarzy niż w cudownej interwencji niebios, choćby i samego JP2”.
Cóż, każdy ma prawo wierzyć, że strzelony właśnie gol (albo obroniony rzut karny, jakkolwiek) jest zasługą nie tylko jego własnych umiejętności, ale wiary w … No właśnie, wiary w Boga, Jahwe, Buddę czy kogokolwiek innego. Wiara każdego piłkarza to jego osobisty wybór i nikt nie może zabronić mu przeżegnania się przed meczem, tak samo jak nikt nie zabraniał Damianowi Perguisowi odtańczenia rzekomego tańca voodoo po zdobyciu bramki ze Słowacją. - Ale to co miało być tylko „akcentem” w czasie mistrzostw niebezpiecznie urasta do rangi sygnału do kpiny z jednej, a z drugiej strony zrzucenia wszystkiego na „pomoc z nieba” – stwierdził ks. Kazimierz Sowa. Zacny dyrektor Religia.tv poleca wpisy na frondzie (które???) i salonie24, których autorzy całkiem poważnie twierdzą, że kibice mogą odrodzić religijne poczucie katolickiej tożsamości kibiców oraz – dla odmiany – wpisy na newsweeku, które każdy przejaw religijności na boisku postrzegają jako obciach.
Jestem szczerze przekonana, że pomiędzy skrajnością pokładania nadziei w piłkarzy niosących odrodzenie ducha wiary, a wyśmiewania każdego religijnego gestu jest jakiś złoty środek, którym bynajmniej nie jest wyrugowanie wszystkich religijnych gestów ze stadionów czy trybun. Aleksander Majewski pisał w niedzielę na Fronda.pl całkiem serio o wierze piłkarzy polskiej reprezentacji. Jakoś nikt nigdy nie naśmiewał się z symbolicznych gestów zagranicznych piłkarzy, którzy wiele razy przed meczami czynili znak krzyża. Dlaczego więc teraz, w imię jakiejś szeroko pojętej tolerancji dla wszystkich wyznań mielibyśmy zakazać jakiemuś piłkarzowi mówienia, że swój sukces zawdzięcza on Panu Bogu?
Jedyne, co w tym wszystkim ważne, jest to, by taki gest był naprawdę szczery i autentyczny. By nie był, jak pisze ks. Sowa, leczeniem swoich kompleksów sportowych wynikającym z braku wiary w drużynę, kierowanym zasadą „coś za coś”. By nie był jakąś pozą, widowiskiem, które ma wyróżnić zawodnika na tle reszty drużyny. Ale już autentyczność i szczerość takich gestów można zmierzyć jedynie w zaciszu własnego serca, podczas spotkania z Tym, komu zawierza się nie tylko zdobywane gole, ale całe swoje życie.
Marta Brzezińska

