Wielki marsz w obronie Telewizji Trwam, czy ogólnie, w obronie wolnych mediów, wywołuje ogromne emocje. A im bliżej soboty, tym goręcej. Manifestacja środowisk związanych z mediami o. Tadeusza Rydzyka, PiS, Solidarną Polską i „Solidarnością” najwyraźniej wywołuje także ogromny strach. Tylko przed czym?

 

Nie dalej niż wczoraj dominikanin, o. Tomasz Dostatni grzmiał na łamach „Gazety Wyborczej”, że obrońcy Telewizji Trwam chcą podpalić Polskę. Jego zdaniem, ta „formacja katolicko-narodowa”, która na nowo określa polityczne zaangażowanie Kościoła, wypycha z tegoż Kościoła ludzi młodych, którzy nie chcą mieć nic wspólnego z takim Jego obliczem. Absurdalne argumenty o. Dostatniego wypunktował wczoraj mój redakcyjny kolega, Jarosław Wróblewski, dlatego pozwolę sobie nie komentować już felietonu „Podpalanie Polski”.

 

Dzisiejszy dzień przynosi jednak kolejny, uderzający w manifestację, artykuł. Nikogo nie dziwi, kiedy z obrońców Telewizji Trwam neofaszystów robi „Gazeta Wyborcza” czy prof. Tomasz Nałęcz. Ale kiedy w „Tygodniku Powszechnym”, niby katolickim, pojawia się ostrzeżenie, że tak jaskrawego aliansu ołtarza z polityką jeszcze nie było, to zaczyna to być co najmniej niepokojące.

 

Marek Zając, który już raz ostrzegał, że przez Jarosława Kaczyńskiego nasze kościoły są puste, po raz kolejny powtarza swoją tezę, tym razem na łamach „Tygodnika Powszechnego”. W tekście „Grzech milczenia” pisze: „Trwają usilne starania, aby zapisać Jezusa do PiS. Jezus sobie poradzi, ale co z naszym Kościołem?”. Zdaniem redaktora, zaledwie kilka lat po śmierci Jana Pawła II pękły w naszym Kościele dwie ważne granice i najwyższy czas powiedzieć „Non possumus”.

 

„Po raz pierwszy od upadku komunizmu duchowni współorganizują i będą prowadzić demonstrację pod hasłem zmiany rządu” - ostrzega Zając, którego zdaniem nazwa „Marsz w Obronie Wolnych Mediów” jest myląca. Dlaczego? Bo żądania manifestantów „już dawno wypączkowały” poza postulat przyznania Trwam miejsca na multipleksie. Redaktor nie może się wręcz oprzeć wrażeniu, że sprawa Trwam jest drugorzędna, wszak już w oficjalnycn wezwaniach na marsz można przeczytać, że jest on przeciw „antyrodzinnej polityce rządu, rozrostowi biurokracji, nepotyzmowi w spółkach skarbu państwa, katastrofalnemu zadłużeniu, wzrostowi podatków, likwidowaniu gospodarki, walce z chrześcijaństwem i podniesieniu wieku emerytalnego”.

 

Ale czyż jest w tych postulatach coś gorszącego, że tak się ich boi redaktor Zając? Czy obrońcy Trwam domagają się czegoś, czegokolwiek, sprzecznego z oficjalnym stanowiskiem Kościoła czy wartościami chrześcijańskimi? Mogę dać sobie rękę uciąć, że pośród osób, które pojawią się na sobotnim marszu gros będzie takich, które uważają się za katolików. Dlaczego więc redaktora Zająca tak bardzo dziwi, że niejako „przy okazji” zamierzają dać wyraz także swoim poglądom na temat antyrodziennej polityki rządu? I wreszcie, czy obrona wolnych mediów nie może iść w parze z protestem przeciw rozrostowi biurokracji?

 

Że to wszystko uderza w rząd? A w kogo ma uderzać, jeśli to właśnie temu rządowi zawdzięczamy nepotyzm w spółkach skarbu państwa, niechlujstwo w sprawie śledztwa smoleńskiego czy drastyczny wzrost podaktów? Że to polityczna manifestacja? A jaka ma być? Marsz to marsz, tu – w odróżnieniu od Eucharystii, pogrzebu czy Powązek, jak najbardziej jest miejsce na manifestację politycznych sympatii czy antypatii.

 

„To w historii III RP przypadek bez precedensu (...). Nigdy alians ołtarza z polityką nie był tak jaskrawy jak w przypadku zbliżającego się Marszu (...). Księża gorliwie klaszczą politykom marzącym o powrocie do władzy, a politycy lansują się w anturażu modlitwy i Eucharystii - ocenia redaktor Zając i jako przykład podaje pogrzeb śp. Józefa Szaniawskiego.

 

Świetnie, ja sama dałam wyraz swojej dezaprobaty dla takiego zachowania w jednym z wywiadów na Fronda.pl, tylko czemu redaktor Zając nie spojrzy na wydarzenie nieco szerzej? Przecież tak samo w blasku zmarłego chciał się nieco ogrzać prezydent Komorowski, przyznając śp. Szaniawskiemu pośmiertne odznaczenie (w rzeczywistości potwarz dla jego bliskich, bo to najniższy odrer). „Kto jeszcze zresztą pamięta oburzenie, które wywołała wizyta – po rekolekcjach w Łagiewnikach – polityków Platformy Obywatelskiej u abp. Dziwisza? Czyżby wielu z tych, co wtedy podnosili larum, widziało drzazgę w oku bliźniego, a nie dostrzegało teraz belki we własnym?” - pyta Zając.

 

Czyżby redaktor Zając także nie widział tej belki? Dziennikarz kąśliwie pisze o księżach, którzy „klaszczą politykom marzącym o powrocie do władzy” i politykach „lansujących się w anturażu modlitwy i Eucharystii” i nie pozostawia najmniejszych wątpliwości co do tego, kogo ma na myśli. Wiadomo, polityków PiS czy Solidarnej Polski, o. Tadeusza Rydzyka czy ks. Stanisława Małkowskiego. Zgadzam się w pełni co do tego, że Eucharystia to nie miejsce na polityczne manifestacje, ale bądźmy sprawiedliwi, nie zapominajmy o ks. Kazimierzu Sowie, o. Tomaszu Dostatnim, o. Pawle Gużyńskim czy „lansującym się na Eucharystii” Bronisławie Komorowskim.

 

Marta Brzezińska