W Polsce prokuratura słynie z tego, że głównie zajmuje się umarzaniem, zwłaszcza takich spraw, w których można się komukolwiek narazić. Szczególnie, jeśli można się narazić tzw. wpływowym ośrodkom opiniotwórczym.
Niestety, w sytuacji, w której okazuje się, że w Polsce wolno drzeć Biblię i nazywać ją „g...”, a nie wolno nazywać „Gazety Wyborczej” „Trybuną Ludu”, jednego prezydenta wolno nazywać „chamem”, a drugiego pod groźbą kary nie wolno nazwać „pulpeciarzem”, to nic dziwnego, że ta sprawa doczekała się umorzenia ze strony prokuratury. Jest to oczywiście decyzja, która bardzo dużo mówi na temat tego, do czego się dziś nadaje prokuratura.
Wykładnię do tego typu decyzji dał sąd wyrokiem w sprawie niejakiego „Holocausto”, zwanego też „Nergalem”. Trudno się temu dziwić. Myślę, że prokuratury mają na swoim koncie znacznie bardziej haniebne umorzenia. Na pewno należy pamiętać o tym, że to jest instytucja, w której wiele należy zmienić, żeby zaczęła dobrze funkcjonować.

