Marta Brzezińska: Na halloweenowych zabawach baluje dużo diabłów?
Ks. Leszek Misiarczyk*: Eeee, nie ma co przesadzać.
No jak to? Nie bojkotować? Nie zabraniać? Nie grzmieć?
Halloween nie koresponduje z naszą kulturą. To pewna próba zastąpienia naszych zwyczajów. Halloween to jakiś późniejszy wymysł. Uczestnictwo w takich maskaradach nie oznacza jednoznacznie, że ktoś jest wyznawcą jakiś demonicznych kultów. Jest jednak potrzebna jakaś czujność.
Jeden z proboszczów z Gdańska przygotował kartki dla rodziców, żeby ich dzieci nie poszły na takie zabawy. Potrzeba takiego radykalizmu działania?
Wyostrzanie stanowiska Kościoła na pewno jest potrzebne. Często zdarza się, że rodzice wysyłają dzieci na takie zabawy, a w ogóle z nimi nie rozmawiają o naszych tradycjach związanych z uroczystością Wszystkich Świętych, o śmierci, przemijaniu, etc. Warto o tym rozmawiać, ale czy od razu demonizować? Trzeba by się temu przyjrzeć, ja nie robię z tego wielkiej tragedii. Choć moi znajomi egzorcyści wspominali mi o osobach, które po takich zabawach doświadczały duchowych dręczeń.
Albo lekceważymy, albo demonizujemy.
I obie postawy są błędne! Trzeba się temu przyglądać i szukać „złotego środka”. Dla mnie najważniejsze jest pytanie po co ktoś to robi? Czy to tylko zabawa, ciekawość ludzka, bezkrytyczne w Europie, a w Polsce już szczególnie, małpowanie Ameryki? Bezmyślność. Ale jeśli chodzi o sferę demoniczną, to lepiej przesadzić w jedną stronę, z ostrożnością, aniżeli w drugą. Nie wiemy, w jaki sposób możemy otworzyć się na działanie złego ducha, „objawy” pojawiają się dopiero po jakimś czasie.
Skąd się bierze takie wielkie zainteresowanie popkultury sferą duchową, zjawiskami demonicznymi?
Jest w nas jakaś fascynacja złem, ludzie chcą przeżyć dreszczyk emocji. Łudzą się, że pobawią się chwilę w takie demoniczne gierki, a potem bez konsekwencji je przerwą. Ale to jest taka pułapka. Nie można z niej wyskoczyć tak szybko i łatwo, jak się w nią wskakiwało.
Potrzeba nam mocnych wrażeń?
Dokładnie. Z nudów, prozy życia, nie wiem, czego jeszcze. Zwłaszcza młodzi ludzie szukają takich mocnych, wyrazistych doznań.
A popkultura oswaja zło.
Tak. I też zło takie osobowe, szatana. To jest taka przedziwna tendencja – bo kiedy w naszej kulturze słabnie wiara w Boga, powinna też słabnąć wiara w szatana.
Tymczasem jest dokładnie odwrotnie.
Słabnie wiara w Boga i rośnie w szatana. Chociaż nie wiem, czy to tak do końca jest wiara, czy może po prostu chęć poeksperymentowania.
Albo pozerstwo.
Często tak jest. Ale podobnie zaczyna się np. uzależnienie od narkotyków. Mówisz – spróbuję tylko raz, a potem nie możesz już przestać. Ze złem nie ma przelewek – nie da się wejść, pobawić i szybko wyskoczyć. Przestrzenie duchowe działają inaczej – raz otwartych nie da się tak łatwo zamknąć.
A skoro już o pozerstwie - Adam Darski to tylko pozer czy już satanista?
Raczej to drugie.
A to nie jest tylko granie na popularność?
Też. Ale przecież były już wielkie gwiazdy, które wprost mówiły, że oddały się szatanowi za popularność.
Ks. Boniecki uważa, że Adam Darski nie jest satanistą, bo żeby nim być trzeba wierzyć w Boga, a on nie wierzy.
Niekoniecznie trzeba wierzyć w Boga, żeby wierzyć w szatana i wzywać jego pomocy. A Darski wprost to robi.
Ostra reakcja Kościoła na obecność Darskiego w TVP to była dobra decyzja?
Myślę, że tak.
Katolickim publicystom zarzuca się, że tylko przyczyniliśmy się do popularności Darskiego.
W przypadku szatana to działa inaczej. On chce działać w ukryciu.
Czyli go zdemaskowaliśmy?
Każde ujawnienie szatana jest działaniem przeciwko niemu. Przy aprobacie milczenia zło jeszcze bardziej się panoszy. To przecież pojawia się w modlitwach o uwolnienie czy podczas egzorcyzmów – szatan nie chce być ujawniony. Jego strategią działania jest kamuflaż, wmawianie ludziom, że go nie ma, że to tylko taka metafora, taka zabawa. W kontekście naszej kultury, w której wszystko, całe życie staje się zabawą, to tylko taka kolejna igraszka z diabłem. Tylko, że z szatanem nie ma żartów.
Nie ma żartów, ale chyba dobrą metodą na niego jest kpina i ironia.
Tak, on się wkurza. Ale żartów nie ma w sensie takim, że nie można z nim bezkarnie igrać, bo nie ma z nim zabawy, która nie miałaby żadnych konsekwencji duchowych.
Zabawy halloweenowe to pewna próba oswojenia śmierci?
Tak, oswojenia przemijania, umierania. Próba potraktowania w sposób zabawowy rzeczy trudnych i bolesnych. Ale to znowu to próba stworzenia paralelnej drogi. Chrystus dał nam inną – wiara w Zmartwychwstanie i życie wieczne powinna być – nazwijmy to umownie – elementem łagodzącym ból odchodzenia. Nie umieramy przecież na zawsze.
To jak wykrzesać z siebie tę radość z narodzin dla nieba, skoro umiera najkochańsza, najbliższa osoba, jej już tu nie ma?
Prosić o łaskę. Nie ma innej drogi. Kto będzie odchodził od wiary, będzie szukał takich zastępczych dróg, erzaców. Bo zostaje sam na sam z przeraźliwą perspektywą przemijania i śmierci, po której nie wiadomo, co go czeka. Jak nie mam wystarczającej wiary, że Jezus wskrzesi mnie do życia wiecznego, to zostaje rozpacz.
Czyli po prostu za mało wierzymy?
Myślę, że tak. Chociaż trzeba by sprawdzić, jak to się statystycznie przekłada na osoby, które bawią się w Halloween. Pewnie są też osoby wierzące, które traktują to z przymrużeniem oka, jedynie zabawowo.
Znowu wracamy do punktu wyjścia – rozgraniczenia pomiędzy tym, co jest jeszcze zabawą, a co już nie jest.
W naszej kulturze wszystko próbuje się przedstawić jako zabawę – życie jest zabawą, umieranie – zabawą. Homo ludens. Bawmy się! Bo życie jest takie brutalne. Choć paradoksalnie – warunki życia polepszyły się w Polsce w ostatnich latach.
Tylko, że zabawa nie jest sensem życia.
Pytanie, czy ja będę sobie beztrosko pływał po powierzchni życia, czy zacznę głębiej drążyć, szukać tego sensu. Czas na zabawę też powinien być, ale z namysłem, nie tak, że ona przysłania nam wszystko. Myślę, że rację ma Benedykt XVI, który mówi, że największą bolączką dzisiejszych czasów jest brak myślenia.
Ma na to Ksiądz jakąś receptę?
Najlepszą! Żywa wiara! W przeciwnym razie będziemy odurzać życie. Halloweenami, pracą, alkoholem, seksem, narkotykami, zabawą. Czymkolwiek. A to wszystko służy jednemu – odurzacze są po żeby uciec z życia, nie przeżywać go w całej pełni.
Rozmawiała Marta Brzezińska
*Ks. Leszek Misiarczyk - egzorcysta diecezji płockiej, psychoterapeuta, patrolog, profesor Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie

