Marta Brzezińska: Prezydent Bronisław Komorowski zaapelował do biorących udział we wtorkowych uroczystościach przed pomnikiem Powstania Warszawskiego kombatantów, by zainicjowali na 11 listopada "wspólny narodowy marsz ponad podziałami politycznymi". Zresztą, sam już wcześniej proponował, by pod jego auspicjami zorganizować Marsz Niepodległości. Czy Stowarzyszenie, które reprezentujesz, a które jest organizatorem oryginalnego marszu 11 listopada, czuje, że prezydent chce ukraść, zawłaszczyć tę inicjatywę?
Artur Zawisza: Na pomysł prezydenta najlepiej odpowiedzieli już sami kombatanci, krytycznie recenzując, a nawet bucząc w trakcie słuchania na bieżąco słów prezydenta. Kombatanci to doświadczeni ludzie, którzy rozumieją, że doszło do próby użycia ich do celu, z którym oni się nie utożsamiają. Jeżeli chodzi o samo środowisko Marszu Niepodległości, to już 12 listopada 2011 roku, dzień po marszu, mieliśmy świadomość, że będziemy musieli zmierzyć się z próbą zawłaszczenia imprezy. Już wtedy prezydent zapowiedział własną inicjatywę, a jednocześnie zaproponował nowelizację ustawy o zgromadzeniach, na podstawie której oryginalny Marsz Niepodległości może zostać wręcz zakazany. To działania świadome i konsekwentne: krytyka organizatorów Marszu Niepodległości, zapowiedź własnego marszu, ograniczanie wolności zgromadzeń, ponowienie propozycji z wzięciem kombatantów jako swego rodzaju zakładników. Na szczęście kombatanci jako pierwsi odpowiedzieli negatywnie, czemu nie zaprzeczyły nawet liberalne media, podkreślając fakt, że Bronisław Komorowski został wybuczany przez uczestników Powstania Warszawskiego.
Został wybuczany, ale nie zmienia to faktu, że postawił kombatantów w bardzo niezręcznej sytuacji. Przecież wielokrotnie podkreślali oni swój szacunek dla urzędu prezydenta bez względu na to, kto obecnie zasiada w Pałacu Prezydenckim. Przecież o Majestat Rzeczypospolitej walczyli.
My, rzecz jasna, nie zakazujemy prezydentowi organizowania oficjalnych uroczystości. Nota bene, proporcja zainteresowania tymi wydarzeniami została wymierzona już w zeszłym roku poprzez garstkę uczestników oficjalnych uroczystości i blisko 20 tys. uczestników Marszu Niepodległości. Jeżeli prezydent zechce poprowadzić własny marszyk, to nikt go powstrzymywał nie będzie. My natomiast bylibyśmy gotowi iść razem, gdybyśmy oceniali politykę prezydenta jako służącą sprawie niepodległości Polski. Podstawowy problem polega nie na tym, żeby iść razem, ale aby iść w tym samym celu. Stowarzyszenie Marsz Niepodległości jako organizator uroczystości jest głęboko przekonane, że prezydent Bronisław Komorowski nie zawsze idzie w celu, którym jest zachowanie suwerenności państwowej i tożsamości narodowej Polaków.
Rozumiem, że pomimo tych licznych przeszkód, z jakimi już teraz spotyka się Stowarzyszenie Marsz Niepodległości, trwają przygotowania do tegorocznej edycji imprezy.
Mobilizacja trwa. W szczególności internet pełen jest zachęt, przypomnień, nawoływań. Już widać, że zainteresowanie wydarzeniem jest duże. Nierzadkie są głosy osób, które deklarują obecność, mimo że w zeszłym roku ich nie było. Praktycznie, nie sposób odnotować odwrotnych zapowiedzi obecnych w roku 2011, którzy teraz mieliby zrezygnować, albo wahają się, czy wziąć udział. Liczymy na co najmniej podobną frekwencję, jeśli nie większą. Ale przede wszystkim liczymy na to, że Marsz Niepodległości nie będzie tylko marszem, który na koniec okazał się niemy poprzez rozwiązanie zgromadzenia. Mamy nadzieję, że będzie Marszem Niepodległości, podczas którego będzie można wypowiedzieć stanowiska w sprawach narodowych, opisujące konieczne warunki polskiej niepodległości. To jest główną ambicją organizatorów marszu i gdyby Bronisław Komorowski zechciał podpisać się pod takimi zamiarami, to rzecz jasna, zaprosilibyśmy go, pamiętając, że jako młody chłopak dzielnie manifestował 11 listopada 1979 roku. Niestety, już jako prezydent Rzeczypospolitej doprowadził do ograniczenia wolności zgromadzeń i już dziś przestrzegamy, aby nie próbował użyć tego instrumentu przeciwko Marszowi Niepodległości. Marsz z całą pewnością pójdzie.
Rozmawiała Marta Brzezińska

