Dyskusja nad in vitro w dużej mierze została zdominowana przez męskie głosy. Gros wypowiedzi na ten temat pochodzi z ust polityków, albo księży (tudzież publicystów, zwykle płci brzydkiej). I wreszcie jakaś kobieta odważyła się dobitnie nazwać proceder mechanicznego poczynania dzieci na szkle „szczęściem po trupach”.
W najnowszym numerze tygodnika „Idziemy” dziennikarka Polsatu i felietonistka „Uważam Rze” stwierdziła, że trudno uwierzyć w szczere intencje polityków Platformy, jeśli chodzi o uregulowanie in vitro, to zrobiliby to już dawno. „Choćby wtedy, gdy sprawę powierzono Jarosławowi Gowinowi, gdy ten nie był jeszcze ministrem. Wykonał wtedy kawał dobrej roboty, konsultując sprawę z fachowcami, etykami i Kościołem. Temat in vitro został mu jednak odebrany i oddany w ręce posłanki Kidawy-Błońskiej. Działo się to wszystko dawno temu, jeszcze w poprzedniej kadencji” - zauważyła dziennikarka.
Jednak jej zdaniem, dla rządzących kwestia in vitro jest tylko instrumentem w walce o głosy wyborców, tematem zastępczym, który ma rozgrzać emocje i odwrócić uwagę od istotnych spraw. Publicystka jest także przekonana, że spór o in vitro ma „napuścić jednych na drugich, pokazać, kto jest postępowy, a kto zacofany”.
„Jednym słowem in vitro znów stało się młotem na prawicowe czarownice. Jedno jest pewne – jeśli chce się jakąś sprawę załatwić i uporządkować, jeśli ma się czyste intencje, nie robi się tego w telewizyjnych studiach. Bo tam chodzi tylko i wyłącznie o piętnowanie obrońców życia najbardziej perfidnymi metodami. Na przykład wmawiając im, że nienawidzą dzieci z próbówki” – napisała w felietonie Gawryluk.
I oczywiście nie umknęło to uwadze Katarzynie Wiśniewskiej, tropicielce homoherezji w tekstach publicystów Frondy, in vitro-herezji i wszelkiej maści wypowiedzi, które są niezgodne... z linią redakcyjną „Gazety Wyborczej”. „Wydawało się, że nikt nie przebije biskupów nazywających in vitro "wyrafinowaną aborcją", czy urodzeniem "okupionym śmiercią braci i sióstr. Ta sztuka udała się dziennikarce Polsatu i felietonistce prawicowych mediów Dorocie Gawryluk” - stwierdziła Wiśniewska.
„Gdy dyletant zaczyna zgłębiać tajniki medycyny, to raczej nieszczęście. Jeśli dziennikarka swoją wiedzę o in vitro opiera na tym, co usłyszała w niedzielnym kazaniu, lepiej by było, aby rozterkami dzieliła się z pamiętnikiem, zamiast chwalić się nimi publicznie. Troska, z jaką Gawryluk pochyla się nad schorowaną ludzkością, jest mało rozczulająca, gdy drugą ręką na odlew przywala tym, dla których zapłodnienie w próbówce było jedyną szansą na dziecko” - napisała redaktorka nad podziw angażującej się w promocję in vitro (vide: artykuł w weekendowym numerze) „Wyborczej”.
Cóż, posługując się orężem pani Wiśniewskiej, można by napisać, że ona raczej także jest „dyletantką, która zgłębia tajniki medycyny” (słyszał kto, aby pani Wiśniewska kończyła jakiś medyczny kierunek?). Jeszcze większym nieszczęściem od czerpania wiedzy na temat in vitro z kazań (księża o biskupi przynajmniej mają pojęcie o etycznych aspektach tego procederu) jest czerpanie tej „wiedzy” z łamów gazety, w której się publikuje. W związku z czym, zalecenie dzielenia się swoimi rozterkami z pamiętniczkiem można by także pozostawić... pani Wiśniewskiej, która, nie mając już żadnych logicznych argumentów – powołuje się, jakżeby inaczej, na prawo bezdzietnych małżonków do szczęścia.
Sęk w tym, że moje – szeroko pojęte – prawo do szczęścia nie stoi i nigdy nie może stać nad czyimś prawem do życia, które ma tu charakter pierwszorzędny. I nie można tego życia poświęcać dla zaspokojenia swoich egoistycznych potrzeb.
„Jaką cenę przyjdzie nam zapłacić za zaspokajanie własnych potrzeb po trupach? Nie trzeba mieć dużej wyobraźni. Historia już odpowiedziała na to pytanie” - konstatuje Gawryluk. „Pozostaje się cieszyć, że historia nie musi zajmować się odpowiadaniem na egzystencjalne pytania Gawryluk i że miłosiernie zatrze produkty jej wyobraźni” - wtóre jej Wiśniewska. Dzięki Bogu, chore produkty wyobraźni pani Wiśniewskiej znajdą się na śmietniku historii jeszcze szybciej...
Marta Brzezińska

