„Podczas spotkań towarzyskich prędzej czy później pojawiaj się temat wiary, Kościoła, ekumenizmu, klerykalizmu, a przede wszystkim – etyki seksualnej. Osoba poważnie traktująca swoją wiarę i otwarcie się do niej przyznająca może mieć nie lada problem. Musi odpowiedzieć na wszelkie możliwe zarzuty i wątpliwości: a przecież taka ewangelizacja przy piwie może przynieść zarówno korzyści, jak i szkody. Autor tej książki pomaga dyskutować w sposób błyskotliwy, a zarazem pogłębiony”. Tak o książce Sławomira Zatwardnickiego „Katolicki pomocnik towarzyski, czyli jak się pojedynkować z ateistą” napisał Stefan Sękowski z „Gościa Niedzielnego”.
Po publikację, która ukazała się nakładem wydawnictwa Fronda sięgnęłam zatem z wielką ciekawością, ale także z dużymi oczekiwaniami. A skoro ma to być pozycja pomocna w „dyskusjach przy piwie” postanowiłam nieco wczuć się w rolę – otworzyłam zimne, dopiero co wyjęte z lodówki Desperados i wyobraziłam sobie, że jestem tytułową ateistką.
I niestety muszę przyznać, że pierwsze dwieście stron książki nieco znudziło Martę Brzezińską w skórze ateistki – kto tam by przy piwie dyskutował o dowodach na istnienie Boga, o tym, czy Bóg stworzył piekło, kim jest Duch Święty oraz o nieomylności papieża (mnie się w każdym bądź razie nie zdarzyło). Stąd pierwsze rozdziały „Katolickiego pomocnika towarzyskiego” po macoszemu potraktowałam przysłowiowym rzuceniem oka, poświęcając więcej czasu i uwagi na tematy, które rzeczywiście mogą pojawiać się w luźnych rozmowach na towarzyskich spotkaniach.
Mit numer 1, który stara się obalić Zatwardnicki: „Kościół katolicki zagląda pod kołdrę”. „Nieprawda, to raczej coś nachalnie wychodzi spod zbyt krótkiej kołdry, tak że nie sposób nie widzieć. A jeśli już ktoś zagląda pod kołdrę, to raczej producenci środków antykoncepcyjnych. I jak dopuszczający się kradzieży krzyczy: „Łap złodzieja!”, tak oni oskarżają Kościół o ingerowanie w sprawy intymne”. Co do tego, że ludzie – delikatnie mówiąc – obnoszą się z tajemnicami swojej alkowy – pełna zgoda, chciałabym jednak zapytać Sławomira Zatwardnickiego, czy kiedykolwiek jakikolwiek producent środków antykoncepcyjnych „wszedł mu pod kołdrę”? Bo mnie nie. Jasne, reklama reklamą, ale producenci kondomów nigdy nie mówią: „Musisz ich używać”. Owszem, kuszą, zachęcają, nawet nachalnie oferują łatwiejsze rozwiązania, ale nie wydaje mi się jednak, że zmuszają. Kościół z kolei mówi: nie wolno ci. Dla twojego dobra, ale nie wolno. Zatem 1:0 dla ateisty.
Idźmy dalej. Zatwardnicki, powołując się na wypowiedzi ludzi Kościoła, publicystów i naukowców, przekonująco argumentuje, dlaczego antykoncepcja (właściwie w każdej formie) jest niemoralna. Ale dobre wrażenie po sensownej argumentacji szybko niweluje „osobistym zdumieniem”. „Nadziwić się nie mogę, jak można ze względu na pragnienie przyjemności czy lęk przed wcale nie nieprzyjemnym rodzicielstwem, tak łatwo porzucić romantyzm pożycia intymnego? I szprycować się substancjami o tak poetycko brzmiących nazwach, jak: „octan medroksyprogesteronu” czy „noretysteron” (...) i dziś trzeba niesamowitej desperacji, by pozwolić sobie na wprowadzenie do łona zwanego w chińskim języku miłości „nefrytową bramą” swoistego parasola zakończonego nitkami. Nic dziwnego, że rodzi to raczej męską impotencję niż pożądanie kobiet!”. Hm... szczerze mówiąc, na ile potrafię sobie wyobrazić, to mało kto podczas miłosnego aktu zastanawia się nad składem połkniętych niedawno pigułek antykoncepcyjnych. Kochankowie raczej oddają się sobie (i przyjemności) w błogim uczuciu, że mogą „to” robić bez konsekwencji w postaci ciąży. 2:0 dla ateisty.
Dalej Zatwardnicki pisze, że „można by oczywiście argumenty przeciwko stosowaniu antykoncepcji rozszerzyć o sprawy drugorzędne, choćby wskazując oprócz argumentów etyczno-moralnych również zdrowotne czy psychologiczne, bo i takich nie brakuje. Ale nawet jeśli nie byłoby tych skutków ubocznych, to ze względu na samo szczęście małżonków i ich potomstwa ważny staje się głos Kościoła wyrażony w encyklice... bla bla bla ( i tu następuje cytat z „Humanae vitae”). Panie Sławomirze, skoro jest tych argumentów zdrowotnych czy psychologicznych tak dużo, to dlaczego pan o nich nie wspomni ani słowem? Przecież taka argumentacja jest dla osoby niewierzącej szalenie bardziej wiarygodna niż rozwlekłe cytaty z encyklik! Do dziś pamiętam wykłady z teologii moralnej, na których ksiądz profesor powtarzał nam, że zamiast przygniatać osoby niezwiązane z Kościołem argumentacją moralizatorsko-encykliczną podsuwać im jak najwięcej logicznych, naukowych dowodów, które dla ludzi, patrzących na świat przez przysłowiowy pryzmat szkiełka mędrca, są o wiele bardziej wiarygodne i przekonujące. Tutaj bardzo mi takich wywodów brakuje. A przecież nie trzeba być naukowcem, specem w tej dziedzinie, by korzystając z powszechnie dostępnej wiedzy, dowieść jak bardzo szkodliwa jest antykoncepcja dla organizmu kobiety. 3:0 dla ateisty.
Dalej całkiem logicznie Zatwardnicki zbija po kolei mity, jakie narosły wokół NPR, a przede wszystkim ten, że naturalne planowanie rodziny jest także metodą antykoncepcji („przecież i tu i tu chodzi o to, żeby nie mieć dziecka”). Punkt dla niego. Następny rozdział, który jak większość zaczyna się nieco mało trafioną anegdotką autora, dotyczy in vitro. Tu Zatwardnicki znowu precyzyjnie rozprawia się z mitami na temat sztucznego zapłodnienia. W argumentacji nie pozostaje jedynie w sferze teologii, sięga także do etyki, co znowu można policzyć „na plus”.
Spośród wielu „życiowych” zagadnień autor „Pomocnika towarzyskiego” poruszył także problem aborcji, eutanazji i stosunku Kościoła do homoseksualistów. I choć czasem, jak już wspomniałam, zdecydowanie brakowało mi argumentów „nie-Kościelnych”, to te rozdziały, w których Zatwardnicki porusza problemów natury moralnej są najmocniejszym punktem książki. Nie mam wątpliwości, że to właśnie takie tematy bywają najczęściej przedmiotem dyskusji na spotkaniach towarzyskich, a przecież to w takich sytuacjach pomocną miała być publikacja Frondy. Choć czasem brakuje w niej argumentów ze sfery nie tylko teologicznej, to jej niewątpliwym plusem jest to, że każdy rozdział zakończony jest zaproponowaniem przez autora kilku pozycji, które poszerzą wiedzę czytelnika w danym temacie. Generalnie warto posiadać, choć nie mam wątpliwości, że w niektórych dyskusjach może okazać się niewystarczająca.
Marta Brzezińska


