Nigdy nie byliśmy w getcie, ale ze względów oczywistych nie mogliśmy też zostać na Bielanach w Warszawie, gdzie mieszkaliśmy. Przenieśliśmy się z matką i siostrą do zakładu dla niewidomych w Laskach pod miastem, gdzie matka miała kontakty jeszcze sprzed wojny. Ale kiedy groza okupacji zaczęła narastać, a ludzie zaczęli się przyglądać, kto mieszka w tym zakładzie, kierownictwo zakładu zasugerowało żebyśmy odeszli.

 

Od tego czasu każde z nas zaczęło prowadzić osobne życie. Matka znalazła pracę jako gosposia u jakichś ludzi, nie podając swojego pochodzenia. Siostra poszła do szkoły w Warszawie i zamieszkała u rodziców swojej koleżanki – państwa Kielanów – którzy na początku nie orientowali się w sytuacji. W pewnym momencie ktoś z ich znajomych rozpoznał moją siostrę jako Żydówkę i im o tym powiedział. Dla nich to była trudna sprawa, jednak świadomie postanowili, że ona dalej tam będzie mieszkała i dzięki nim uratowała się. Siostra wystąpiła dla nich o medal sprawiedliwego, którzy potem otrzymali.

 

Ja trafiłem do internatu Rady Głównej Opiekuńczej RGO, dla chłopców, sierot z rodzin wojskowych. Oczywiście nikomu nie przyznawałem się do swojego pochodzenia. Równocześnie kierownictwo internatu, moi koledzy, całe otoczenie – większość z nich się domyślała, ale nikt nic nie mówił. Ja udawałem, że nie jestem Żydem – oni udawali, że w to wierzą. Jednak cały czas zdawałem sobie sprawę, że mogę zginąć w każdej chwili. To był ogromny ciężar...


Krzyczeli za mną „Żyd!”


Kiedyś np. wybraliśmy się ze starszym kolegą z internatu na spacer do lasku bielańskiego. Nagle w tramwaju zobaczył mnie chłopiec, który poznał mnie ze szkoły sprzed wojny. Chwycił mnie za rękę i krzyknął: „Ja tego Żyda znam!”. Na szczęście był to końcowy przystanek – odtrąciłem jego rękę, szybko wysiedliśmy i odeszliśmy.

 

Rzuciłem nawet szkołę.

 

Niekiedy w kłopoty wpędzali nas ludzie, którzy być może nie byli antysemitami ale nie orientowali się w sytuacji. Po prostu czasem ktoś coś chlapnął przez przypadek, ale to już wystarczyło, żeby trzeba było zmieniać papiery i miejsce zamieszkania. 

 

Na przykład miałem w ramach internatu chodzić do szkoły ogrodniczej. Nauczyciel, który mnie ustawiał w rzędzie w auli powiedział: „A ten żydek niech stanie na końcu”. I to już był koniec. Tego samego dnia powiedziałem kierowniczce internatu, że nie będę więcej chodził do szkoły. Ona nie pytała, dlaczego. Byłem potem jedynym w internacie, który nie chodził do szkoły. Kierowniczka prawdopodobnie wiedziała, ale nic nie mówiła. Świadomie więc mogła się narażać.

 

Bo milczenie jest złotem

 

Polacy pomogli mi swoim milczeniem. Wiedzieli, lecz nie mówili. To znaczyło dla mnie bardzo wiele. Bo dla Niemców początkowo Żydem był ten, który chodził w jarmułce i miał pejsy. Natomiast kiedy człowiek był ciemny o fizjonomii semickiej, ale normalnie ubrany, to Niemcy nie za bardzo wtedy rozróżniali. 

 
Zagrożenie stanowili więc Polacy, Ukraińcy czy Litwini w służbie niemieckiej, ci mieli bardzo dobre oko. To ich należało się bać bo należeli do grupy szmalcowników. Oni byli również niebezpieczni dla Polaków, którzy pomagali Żydom – nie mieli wobec nich żadnych skrupułów.

 

eMBe/Fakt.pl