Postać abp Lefebvra jest jedną z najbardziej dramatycznych w Kościele XX wieku. Z jego nazwiskiem na wieki będzie się wiązała najnowsza schizma w Kościele. Autor biografii Lefebvra, Bernard Tissier de Malerais, nie tylko chciał zaprezentować sylwetki arcybiskupa, który w wyniku niezaakceptowania rozstrzygnięć Soboru II Watykańskiego znalazł się za burtą Piotrowej łodzi, ale poczynił różne refleksje natury teologicznej, do których nie sposób się nie odnieść. To refleksje, jak choćby porównanie abp Lefebvra do Atanazego, Ojca Kościoła pierwszych wieków. Trudno zgodzić się na taką analogię. Za czasów Atanazego pojawiła się w Kościele poważna herezja teologiczna, dotycząca kerygmatu chrześcijańskiego, tzw. arianizm. Polegał on na twierdzeniu, że Jezus Chrystus nie jest drugą Osobą Trójcy świętej, nie jest współistotnym Ojcu, ale jedynie doskonałym stworzeniem. Herezja rozprzestrzeniała się bardzo mocno w kościele pierwotnym. Jednym z najaktywniej zwalczających błąd, stojących na straży wierności kerygmatowi, był właśnie biskup Atanazy. Porównywanie abp Lefebvra do Atanazego jest co najmniej nadużyciem z wielu względów. Według autora publikacji „Marcel Lefebvre. Życie” poza burtą ortodoksji chrześcijańskiej znalazł się nie tylko papież z dużą większością biskupów Kościoła, ale także cała idea Soboru Watykańskiego II. Są to stwierdzenia, których nie można nazwać inaczej, jak tylko ideologia.
Sobór Watykański II zwołał Jan XXIII, który samą ideą tego wydarzenia zaprezentowaną w 1959 roku zaskoczył wszystkich. Potrzebę zwołania soboru odczuwano jednak jeszcze za poprzednich pontyfikatów, Piusa XI czy Piusa XII. Niestety, papieże nie czuli się wystarczająco na siłach, by to przeprowadzić. Brakowało również pewnego potencjału duchowego i intelektualnego. Dopiero Jan XXIII ocenił, że taki kairos, moment uprzywilejowanej łaski nadchodzi.
Sobór zwołano z kilku powodów, m.in. dlatego, że pojawiły się bardzo poważne znamiona kryzysu. Odczuwano je w Kościele już wcześniej. Kryzys był związany z takimi wydarzeniami jak dwie wojny światowe, wielka rewolucja bolszewicka, ogromne zło fizyczne i moralne, które dotknęło większą część ludzkości. Zwołanie soboru było też spowodowane pojawieniem się na świecie wirusa humanizmu ateistycznego, którego początki sięgają Oświecenia i Rewolucji francuskiej. Wirus ten, zmutowany, przybrał później postać zorganizowanego komunizmu, który zawłaszczył mentalnością, świadomością, polityką, a także etyką wielu krajów świata. Wirus absolutnie antychrześcijański, który zwalczał w ludziach świadomość Ewangelii. Świat, który do tej pory stanowił część składową Kościoła, przedmiot działalności misyjnej, w pewnym momencie wyemancypował się, stanął naprzeciw. Jak dorosły syn, który zbuntował się przeciw rodzicom i postanowił wystawić im rachunek, bardzo krytycznie się do nich odnosząc.
Kościół miał być wyeliminowany, zepchnięty z pola działania. Doszło więc do wielkiego napięcia między szybko rozwijającym się progresywnym światem, a Kościołem, który – zepchnięty i marginalizowany – zaczął przypominać oblężoną twierdzę umacniającą się na pozycjach apologetycznych. Do tego doszedł poważny kryzys autorytetów, zapoczątkowany w 1793 roku egzekucją króla Ludwika XVI. Zgilotynowany publicznie król stał się symbolem ojcobójstwa, grzechu, który spowodował uderzenie w pozostałe autorytety, a idąc jeszcze dalej – kontestację autorytetu Boga Ojca. Później biesy i rewolucja 1905 roku dokonywała się m.in. pod hasłami duszy jako komórki nerwowej i „Boga nie ma”.
Wszystko to stanowiło o konieczności zwołania XXI soboru w historii Kościoła. Trzeba było szukać nowego sposobu dotarcia z Ewangelią do ludzi, nie tylko tych bezpośrednio spolaryzowanych ideologicznie, ale przede wszystkim ludzi, którzy padli ofiarą przemian mentalnościowych. Dla przeważającej większości uczestników SV II, stał on się jakby nową Pięćdziesiątnicą. W ten właśnie sposób wyraził się papież Jan XXIII otwierając obrady soborowe. Dla Karola Wojtyły to również było wielkie wydarzenie, mówił o nim nawet jako o „seminarium Ducha świętego”.
Ojcowie soborowi przede wszystkim bardzo dużo się modlili, obrady codziennie rozpoczynali Eucharystią, odbywali rekolekcje. Konsultowali swoje postanowienia z ekspertami, a także obserwatorami zaproszonymi na sobór, przedstawicielami różnych środowisk chrześcijańskich. Sobór stał się więc wydarzeniem komunii i jedności. Wszystkie soborowe decyzje zapadały w oparciu o niemal absolutną większość głosów. W każdym przypadku szukano nie zwykłej, arytmetycznej większości, ale możliwie niemalże jednomyślności. Jeśli dany projekt dokumentu soborowego takiej jednomyślności nie uzyskiwał, odsyłano go do dalszych konsultacji i przeredagowania.
Po zakończonym soborze, jednym z najbardziej prężnych ośrodków teologiczno – historycznych, który jako pierwszy opisał to wydarzenie, był ośrodek w Bolonii, związany m.in. z profesorem, Giuseppe Alberigo. To właśnie boloński ośrodek narzucił interpretację soboru, z której niestety do dziś korzysta się w wielu publikacjach. Forsował tezę, że ojcowie soborowi zostali spolaryzowani, a obrady odbywały się przy udziale dwóch zwalczających się frakcji. Na soborze miała być pewna mniejszość tradycjonalistów i większość progresistów. Potem w interpretacji tzw. recepcji soboru, czyli wprowadzania go w życie, w ślad za bolońskimi autorami zaczęto rozpowszechniać teorię, jakoby cała odnowa soborowa odbyła się na zasadzie polaryzacji, dialektyki, ścierania się dwóch opozycyjnych frakcji.
Niestety, do dziś w podobny sposób przedstawia się samą istotę kryzysu w Kościele. W moim przekonaniu to narzucanie na Kościół, który jest rzeczywistością boską, kategorii polityki. Jakby istniała jakaś lewica i prawica, republikanie i demokraci. Posoborowy kryzys próbuje się przedstawić jako efekt starcia tych dwóch frakcji, a to wprowadza zamęt, bo któraś z nich musi przecież wygrać. Wydawać by się mogło, przynajmniej na początku, że górę bierze frakcja progresistów, ale teraz to ich obarcza się odpowiedzialnością za kryzys, szala zaś zaczyna przesuwać się w stronę przyznania racji konserwatystom. Taka logika nie przybliża nam ani odrobiny z tego, czym był sobór. Nie pomaga nam także w znalezieniu remedium na kryzys.
A dziś kryzys jest nie tyle związany z samym soborem, co z faktem, że Kościół, będąc zakorzenionym w świcie, odzwierciedla pewien głębszy kryzys cywilizacji zachodniej, kryzys osoby ludzkiej, autorytetów. Zaraz po zakończeniu soboru objawiło się to rewolucją seksualną 1968 roku. Rebelia 1968, która przetoczyła się przez świat zachodni, w Europie oznaczała przede wszystkim rewolucję obyczajowo – seksualną. W imię wydumanej wolności człowieka uderzono we wszystkie do tej pory funkcjonujące struktury (państwa, rodziny, szkoły, tradycji moralnej, religii, a więc także i Kościoła). W Ameryce Południowej rewolta przybrała postać walki o ubogich i objawiła się tzw. teologią wyzwolenia. Faktem jest również to, ze duża część młodzieży (to głównie studenci byli protagonistami rebelii), także ze środowisk katolickich, zaangażowała się w rewolucję w imię walki z hipokryzją, z kulturą burżuazyjną, która niesie obłudę i ogranicza wolność jednostki. Dramat polega na tym, że – posługując się błędną logiką - zgubne skutki rewolucji seksualnej zostały przypisane soborowi.
Dziś większość badaczy SV II zgodnie twierdzi, że to nie sam sobór spowodował kryzys w Kościele. Był on raczej próbą szukania środków zaradczych na kryzys, który już istniał. To raczej pewien sposób wprowadzania niektórych uzgodnień soborowych, który pomieszał się z mentalnością 1968 roku, mógł być jedną z wielu, ale nie jedyną(!) przyczyną kryzysu.
Przede wszystkim trzeba pamiętać, że kryzys zawsze powoduje cierpienie. Dziś mamy kryzys utożsamiania się z własnym narodem, rodziną, płcią, kryzys przynależności do Kościoła, wierności przykazaniom, zwłaszcza pierwszemu. Jest to bolesne, bo związane jest z odchodzeniem ludzi od Kościoła. Coraz popularniejsza wśród młodych ludzi staje się apostazja. To wszystko powoduje ból, a ból zawsze prowokuje różne skrajne interpretacje.
Wracając do sztucznego podziału na tradycjonalistów i progresistów – obie frakcje gromadzą ludzi niezadowolonych. Tzw. progresiści są niezadowoleni, bo ich zdaniem reformy soborowe zatrzymały się w połowie drogi, rozbiły o zbyt powolne wprowadzanie lub brak wyobraźni ze strony hierarchii kościelnej, która nie chciała na wszystko się zgodzić. Są przekonani, że dokumenty soborowe, będące wynikiem pewnego kompromisu, nie odzwierciedlają w pełni tzw. ducha soborowego. Pod tym pojęciem ludzie rozumieją różne rozwiązania, czerpiące wzorce z tego świata, a więc zdemokratyzowanie Kościoła (tu pojawia się dyskusja na temat roli kobiety w Kościele, parytetów, etc). Środowisko progresistów wyraża swoje niezadowolenie coraz wyraźniejszymi postulatami zwołania Soboru Watykańskiego III, który zająłby się kwestią celibatu, etyki seksualnej etc. Często domaga się wyraźnych zmian w doktrynie chrześcijańskiej, niejako dostosowania się do mentalności współczesnego człowieka. Z kolei, tzw. frakcja konserwatywna jest niezadowolona, bo w jej przekonaniu sobór spowodował odpływ ludzi, puste seminaria i puste klasztory. Ich zdaniem, jedynym remedium jest włączenie wstecznego biegu, powrót do czasów przedsoborowych.
Tutaj wracamy do Lefebvra. Takie prezentowanie sylwetki arcybiskupa, jakoby miał być nowym Atanazym, w którym zachowało się właściwe rozumienie Kościoła, a wszyscy inni są jakby poza burtą, jest postawieniem sprawy do góry nogami. Od wieków w patrzeniu na Kościół obowiązywały co najmniej dwie zasady. Ubi Petrus, ibi Ecclesia; tam, gdzie jest Piotr, tam jest Kościół. Piotr z kolegium apostolskim jest zaś po stronie SV II. Po drugiej znalazła się mała grupa ludzi, którzy kontynuują sposób myślenia abp Lefebvra. Znaleźli się oni poza Kościołem, przede wszystkim na drodze ekskomuniki ipso facto, zaciągniętej automatycznie w przypadku, kiedy jakikolwiek biskup na świecie chciałby przekazać sukcesję apostolską bez zgody Piotra. Tak się dokonało w 1988 roku, kiedy abp Lefebvre, wyświęcając nowych biskupów, automatycznie zerwał z papieżem.
Druga zasada to tzw. powszechny zmysł wiary, sensus Ecclesiae, która wyraża się tym, że nawet jeśli Kościół jest trapiony schizmami, herezjami, to zachowuje jedność. Znakiem trwałej obecności Ducha świętego w Kościele jest to, że nawet jeśli jedna czy druga frakcja pobłądzi, nigdy nie pobłądzi cały lud Boży. Dowodzenie, jakoby w Kościele Pawła VI, Jana Pawła II czy Benedykta XVI dokonywało się samo-spustoszenie i kryzys, podczas w kościele abp Lefebvra są pełne seminaria, dużo księży, nowe powołania, jest ideologią. Mógłbym powiedzieć, że dziś takie stawianie sprawy na zasadzie kontrastowania, że u nas jest dobrze, u nich źle, zaś wszystko zależy od tego, jakiego rodzaju mszału używamy i w jaki sposób przyjmujemy Komunię świętą, zakrawa na pewien niebezpieczny flirt z fanatyzmem. Fanatyzmem, który polega na przekonaniu, że ma się prawdę na własność.
Dyskusja o SV II to również dyskusja na temat reformy Kościoła. Dlatego muszę jeszcze powiedzieć o dwóch rzeczach. Lefebryści, czyli szeroko pojęte środowisko tradycjonalistów, nie chce przyjąć postanowień soborowych dlatego, że w ich odczuciu papieże pielęgnujący ducha soborowego odcięli się od tradycji Kościoła. Ich zdaniem, sobór miał być przełomem, który nie potwierdza, a co więcej – zrywa z dotychczasową Tradycją. Tu pojawia się delikatna kwestia teologiczna, bo żywa Tradycja Kościoła jest tym, czym Kościół żyje, w co wierzy i co wyznaje. Jest wciąż wprowadzaną w życie Dobrą Nowiną Jezusa Chrystusa. Żywa tradycja Kościoła wyraża się także poprzez Magisterium, czyli urząd nauczycielski Kościoła, to znaczy powierzenie depozytu prawdy objawionej w ręce Piotra oraz Apostołów. Twierdzenie lefebrystów, że SV II jest nie do przyjęcia, bo sprzeciwia się lub zrywa z Tradycją, jest postawienie na jednej szali Tradycji, a na drugiej Magisterium Kościoła.
Reforma Kościoła jest zawsze postrzegana jako pewne zło. Już najstarsza tradycja apostolska, czy także Ojców Kościoła, wiązała zło w Kościele z obecnością grzechu. Dlatego reforma (od słowa reformatio) była zaproponowaniem na nowo formacji chrześcijanina, by na nowo wrócił do Chrystusa. To jest właściwy sens odnowy soborowej – okazywanie wierności soborowi, jakiemukolwiek, każdemu z dwudziestu jeden. Bo każdy z nich jest pewnego rodzaju interwencją Boga w życie i funkcjonowanie Kościoła. Dlatego, albo patrzymy oczyma wiary na SV II, a także na to w jaki sposób dziś, po pięćdziesięciu latach, żyć tym, co sobór zostawił nam w dziedzictwie, albo nie (jest to także troską Benedykta XVI, który zbliżający się Rok Wiary połączył z rocznicą rozpoczęcia się SV II). Albo patrzymy na SV II w duchu wiary, szukając przede wszystkim nawrócenia chrześcijanina, albo bawimy się w rozstrzygnięcia typu lewica - prawica, konserwatyści - progresiści i bierzemy udział w intelektualnej partyjce szachowej, kibicując jednym bądź drugim. A chyba nie tylko w moim przekonaniu, nie to było istotą tego wielkiego wydarzenia, jakim był XXI sobór powszechny.
Rozmawiała Marta Brzezińska

