Z przerażeniem przeczytałam dziś artykuł w „Dużym Formacie” o obozach dla przyszłych celebrytek, na które rodzice wysyłają już siedmiolatki. I to nie gdzieś daleko w Stanach Zjednoczonych, gdzie urządzane są konkursy mody dla kilkulatek, a żądne sławy dla swych pociech matki nie cofną się przed przebraniem ich za prostytutki, tylko w Polsce. W artykule „Kolonie na obcasach” Milena Rachid Chehab opisuje specjalne obozy, na których kilkuletnie dziewczynki uczą się chodzić na obcasach, odpowiednio dopasowywać stylizacje, robić makijaż i pozować do sesji zdjęciowych.
Włos się jeży na głowie na samą myśl, że na takie obozy dziewczynki są posyłane przez własne, muszę to szczerze przyznać, bezmyślne matki. Agnieszka Pawlak, specjalistka HR z Warszawy zachwala: „Dla mojej córki to był przełom. Pan Łukasz pokazał jej, że czasem kropki z kratką się nie gryzą i że wystarczą drobne dodatki, takie jak skórzany pasek czy apaszka, by z pięciu ubrań zrobić kilkanaście stylizacji. Dzięki temu po koloniach odpadł nam problem ciągłego
„mamo kup mi, kup mi”. Jej córka ma 12 lat.
Dziewczynki, na obozie, na który pojechała córki Agnieszki, ustalają swoją pozycję ilością zabranych ze sobą walizek (najlepiej od Louisa Vittona), oraz liczbą par butów (obowiązkowo na obcasach). Do tego stopnia dbają o swój nienaganny wizerunek przy śniadaniu, że na przykład jedna z nich na noc kręci loki. Czym się zajmują na tych specyficznych „koloniach”? Leżakują nad basenem w maseczkach i ze świeżo pomalowanymi paznokciami, udając zabawę w spa, uczą się figlarnie chodzić na obcasach, urządzają pokazy mody, mają konsultacje z profesjonalnym stylistą, idą do fryzjera, makijażystki, a potem robią sobie profesjonalne sesje zdjęciowe. Tak bardzo „profesjonalne”, że czasem rodzicie nie poznają na zdjęciach swoich córek. Kilkuletnich dziewczynek.
- Na BeautyCampy dziewczynki z oazy raczej nie jeżdżą. To najczęściej księżniczki utwierdzane przez rodziców i babcie w przekonaniu, że są najpiękniejsze na świecie, a żadna koleżanka nie może się z nimi równać. Nie walczymy z ich gigantyczną pewnością siebie, raczej staramy się pracować nad tymi z kompleksami, by zobaczyły, że nie są gorsze od „księżniczek” - mówi „DF” Adam Karski, organizator obozu dla przyszłych celebrytek. W pierwotnym założeniu, uczestniczkami takich kolonii miały być dziewczęta w wieku 13-18 lat, ale ponoć sami rodzice słali prośby do organizatorów, aby przyjęli na obóz ich kilkuletnie pociechy. Koszt takiej przygody pod okiem stylistów, wizażystów i makijażystów? Bagatelka 2 tys. złotych za 10 dni (jeśli obóz jest w Grecji, to 3 tys.).
Kolonie dla małych „księżniczek” cieszą się ogromnym zainteresowaniem, które słabnie tylko wtedy, gdy w amerykańskim programie „Małe miss” wyrwie się kilkulatce mleczaki, żeby wstawić sztuczny „promienny uśmiech”, albo gdzieś ukaże się artykuł o kulisach przygotowań do wyborów małej miss w USA. W gruncie rzeczy jednak to sami rodzice (a zwłaszcza matki!) pchają swoje pociechy na takie kolonie. Niby mówią, że to po to, aby córka się nie garbiła, nauczyła się dobrze ubierać, nabyła pewności siebie, a w gruncie rzeczy chodzi o to, by wylansować córkę na przyszłą modelką, albo innej branży (ciekawe jakiej) gwiazdeczkę. „Nie ukrywam, że gdyby udało jej się załatwić casting czy reklamę, to byłoby świetnie, bo moja córka byłaby świetną modelką” - mówi „DF” Iwona Cianciara, wizażystka, matka 12-letniej Adeli, która już teraz odkłada pieniądze na kolonie dla córki w przyszłym roku.
Matki są tak nachalne w promowaniu swoich pociech, że czasem same, podszywając się pod córki, ślą maile do organizatorów obozu, aby „utrzymać kontakt z branżą”. Ale to jeszcze nic. Niektóre zatajają poważne informacje na temat stanu zdrowia dziecka (jak na przykład o poważnej skoliozie, astmie czy operacji kolana), byle tylko pojechało na obóz dla przyszłych modelek,. Nie zapominają jednak o wyraźnym zastrzeżeniu, by pilnować trzymanej przez ich córkę diety...
Jak czytamy w artykule „Kolonie na obcasach”, rodzice nie zawsze są zadowoleni z efektu pobytu córki na obozie. Choć czasem denerwują się, że organizatorzy zrobili z ich córki „małą k... i pożywkę dla pedofilów”, to jednak przeważają głosy niezadowolenia, bo na zdjęciach dziewczynka ma zbyt lekki, niewyraźny makijaż, a przecież nie za to płacili....
Najciekawsze jest jednak na koniec, kiedy autorka reportażu opisuje pisanie scenariusza do teledysku, wieńczącego pobyt dziewczynek na obozie. Jak się okazuje, kilkulatki są doskonale obeznane w teledyskach Rihanny i świetnie orientują się w tekście piosenki, która opowiada o gwałcie. „Najbardziej rozkręcała się w pomysłach pewna 11-latka, która zaproponowała, żeby wszystkie tarzały się w pianie, a potem dodała, że jeśli chodzi o kostiumy kąpielowe, to właściwie mogą wystąpić tylko w majtkach, bo przecież na górze zasłonią się pianą” - wspomina Karski.
Kilka razy pisałam na portalu Fronda.pl o konkursach piękności, na które matki – najpewniej z powodu swoich własnych niezrealizowanych ambicji – posyłają coraz to młodsze dziewczynki, czy o – delikatnie mówiąc – odważnych sesjach zdjęciowych dla kilkulatek. A pedofile tylko zacierają ręce. Bo nie dość, że karmieni są obrazami, które erotycznie pobudzają ich wyobraźnie, to jeszcze dostają je całkowicie za darmo, i – co najważniejsze – legalnie. Świat mody, który coraz bardziej zmierza w kierunku zboczeń i promowania pornografii, stwarza zagrożenie nie tylko dla małych dziewczynek i ich naiwnych rodziców, ale także dla wszystkich rodziców i dzieci, które dorastają bombardowane obrazami serwowanymi przez współczesną popkulturę. Bo przecież moda z wybiegów szybko trafia do sklepów, a potem na ulice. Wystarczy przejść się po dziecięcych działach sklepów z „dorosłymi” ubraniami, by przekonać się, że coraz trudniej znaleźć dla swoich pociech normalne ubrania. Zamiast nich królują kuse spódniczki mini, bluzeczki odkrywające pępek, albo plecy i ramiona, obcisłe legginsy, jaskrawe wzory i kolory.
W ciągu ostatnich lat nastąpiła ogromna zmiana jeśli chodzi o wygląd małych dziewczynek, które coraz częściej stylizują się (albo są stylizowane!) na dorosłe kobiety. Zajmująca się komunikacją społeczną Mardia Bishop twierdzi, że „większość ubrań w wieku wczesnoszkolnym dostępna w lokalnym centrum handlowym na przedmieściach pochodzi z przemysłu pornograficznego, które ona nazywa modą „porno”1. Nie dziwi więc, że dziewczynki, które noszą stringi, biodrówki i obcisłe topy postrzegane są jako „gorące”. Amerykańska feministka, Gail Dines, autorka słynnej książki „Pornoland”, w której pisze o brutalizacji przemysłu porno, tak wspominała rozmowę z jednym ze skazanych pedofilów: „Chris, jeden z mężczyzn z więzienia Connecticut, z którym rozmawiałam, powiedział mi dlaczego przestał chodzić do centrum handlowego: „patrzenie na dziewczynki mnie podniecało i nie mogłem przestać na nie patrzeć”. Greg dorzucił: „Przecież reaguję na seksualność ich ubioru, którą nawet nie wiedzą, że emanują”. Obaj mężczyźni mówili o dziewczynkach przed okresem dojrzewania”2.
Ta kulturowa zmiana, w efekcie której małe dziewczynki przedstawiane są jako obiekty seksualne, nie może nie mieć konsekwencji. Jej zgniłym owocem jest nie tylko to, że kilkulatki patrzą na same siebie, jak na seksualne obiekty, ale także naruszenie norm społecznych, które zabraniają seksualnego wykorzystywania dzieci i sprawiają, że dorośli mężczyźni patrzą na nie, jak na obiekty pożądania. Na tragiczne tego skutki nie trzeba długo czekać. Liczba wykorzystywanych seksualnie dzieci stale rośnie. Nielegalne materiały z pornografią dziecięcą zastępują setki stron internetowych z pornografią paradziecięcą. Dines wymieniała takie tytuły z pseudodziecięcym porno jak: „Nastolatki solo”, „Nastoletnie ślicznotki solo”, „Seksowne dziewczynki solo”, „Dziecinki solo”. W tego typu produkcjach można zobaczyć kobiety, wprawdzie pełnoletnie, ale wyglądające i ustylizowane na małe dziewczynki: z niewielkimi piersiami, wydepilowanymi włosami łonowymi, otoczone takimi akcesoriami, jak: lizaki, szkolne podręczniki, białe skarpetki do kolan, pluszaki, szkolne mundurki. To jeszcze nic nielegalnego, ale „dla mężczyzn, którzy przede wszystkim odczuwają pożądanie wobec dzieci, pornografia pseudodziecięca jest oczywistym pierwszym krokiem do świata pornografii dziecięcej, gdyż jest to stosunkowo bezpieczny sposób uzyskania dostępu do obrazów, które mogą być użyte przy masturbacji”3. Dziś strony z pseudodziecięcym porno coraz częściej zastępują po prostu magazyny z mogą, które stają się pierwszym krokiem w postrzeganiu dzieci jako obiektów pożądania. Błędne koło się zamyka.
Najbardziej przerażające w tym wszystkim jest to, że w szpony pedofilów swoje własne dzieci pchają sami rodzice. Matki, którym nie wyszła kariera modelki, albo po prostu żądne sławy swojej pociechy, zrobią wszystko, by mała zaistniała w show biznesie, a że najprostszą drogą do „zaistnienia” jest kontrowersja, sami stają się katalizatorem tego typu sytuacji. W Stanach Zjednoczonych na przykład rekordy popularności biją konkursy piękności dla małych dziewczynek. Każdego weekendu odbywa się tam około stu takich konkursów, w których udział biorą 7, 6, a nawet 5-latki. Te dziewczynki przecież nie zgłaszają się same na takie konkursy. Najczęściej to ich bezmyślne mamusie wożą je od fryzjera do kosmetyczki, godzinami przebierają a potem z podekscytowaniem zaciskają kciuki w oczekiwaniu na werdykt jury. Od razu nasuwa się na myśl scena ze skandalizującego filmu twórców „Borata” pod tytułem „Bruno”, który bezlitośnie obnażyli to, jak wyglądają castingi dla dzieci. Nie są to reżyserowane nagrania, dlatego Sacha Baron Cohen ma procesy sądowe. Rodzice, będąc przekonanymi, że biorą udział w prawdziwym castingu, prześcigali się w deklaracjach, co mogą zrobić ich dzieci przed kamerami. I to jest najbardziej porażające.
Dla mamuś, które już dziś odkładają kaskę, by posłać swoją córkę na obozy dla celebrytek, tym samym ucząc ją, że o jej wartości stanowi walizka od Louisa Vittona, czy ilość par butów na obcasach, niech już dziś zaczną także odkładać pieniądze na dobrych psychiatrów. Za kilka lat się przydadzą.
Marta Brzezińska
1 M. Bishop, The Making of a Pre-pubescent porn Star: Contemporary Fashion for Elementary School Girls, w: Pop Porn: Pornography in America Culture, red. A.C. Hall i M.J. Bishop, Praeger, Westport 2007, s. 48.
2 G. Dines, Pornoland. Jak skradziono naszą seksualność, Poznań 2012, s. 265.
3 G. Dines, Pornoland. Jak skradziono naszą seksualność, Poznań 2012, s. 260.

