Film Bartosza Konopki „Lęk wysokości” to nie jest lekkie kino na niedzielne popołudnie, nad którym przechodzi się do porządku dziennego w momencie opuszczenia kinowej sali. To obraz niewygodny, trudny, który uwiera. Przede wszystkim tym, że zmusza widza do odpowiedzi na na najprostsze, a zarazem najtrudniejsze pytania – ile ja sam jestem w stanie poświęcić dla bliskiej osoby? Ile z siebie oddałem komuś, kto tego potrzebował? Na ile jestem w stanie zaryzykować swoje własne wygodne życie i karierę dla kogoś, kto być może był przez lata nieobecny w moim życiu?

 

Obraz sielankowej, szczęśliwej rodziny z mamą, tatą i gromadką dzieci przy stole to niestety nie jest nasz „chleb powszedni”. Ludzie się rozwodzą, odchodzą, rozstają, umierają. Ile jest takich sytuacji, w których dorosłe już dziecko staje po latach naprzeciw swojego rodzica (najczęściej ojca) i właściwie nie ma mu nic do powiedzenia? Nie wie, o co go zapytać. Albo takich, w których „dobry” ojciec po kilkunastu latach zjawia się jak niezapowiedziany (może nawet nieproszony) gość w drzwiach domu swojego dziecka?

 

Mniej więcej, w podobnych okolicznościach znalazł się bohater filmu Konopki Tomasz. Wiedzie spokojne, poukładane życie u boku pięknej żony, która spodziewa się ich pierwszego dziecka. Jest wziętym dziennikarzem, właśnie obejmuje posadę w programie informacyjnym. Harmonię burzy wieść o tym, że ojciec Tomka po tym, jak skutecznie uprzykrzył życie chyba wszystkim swoim sąsiadom, trafia do szpitala psychiatrycznego. Pierwszą reakcją mężczyzny jest zniecierpliwienie. Nie widział ojca od lat (pewnie wcale za tym nie tęsknił), a teraz musi załatwić szereg formalności w szpitalu, sprzedać jego mieszkanie. Odwiedziny w psychiatryku to przykry obowiązek – ojciec praktycznie wcale się do niego nie odzywa, zdaje się, że jest mu wszystko jedno.

 

Ale mimo to, coś sprawia, że Tomasz nie zostawia ojca samego. Po tych wszystkich latach, kiedy wychowała go tylko matka, mógłby przecież powiedzieć, że nic go to nie obchodzi. Mógłby także zapłacić za bardziej cywilizowaną placówkę, gdzie ojciec miałby profesjonalną opiekę – przecież byłoby go na to stać. Ale Tomaszowi zaczyna coraz bardziej zależeć. Być może coś w nim pęka, kiedy widzi, jak mechanicznie i bezuczuciowo zajmują się starszym mężczyzną pielęgniarze, albo kiedy na jego zdawkowe pytania o pomoc ojcu dyrektorka szpitala odpowiada zasadniczo „Nie jestem jego rodziną”.

 

Świetnie zapowiadający się prezenter wystawia swoją karierę na niezły szwank, a cierpliwość ciężarnej żony na próbę i jedzie do odległego o kilkanaście kilometrów miasta, by zająć się swoim pogrążonym w szaleństwie schizofrenii ojcem. Choć udaje im się zrobić wspólnie kilka kroków do przodu, to wystarczy niewiele (przy dodatkowej niechęci do brania leków), by znów cofnąć się o całe kilometry. Ale Tomasz decyduje się na taką wędrówkę, bo wie, że sam nie pójdzie w swoim życiu do przodu, jeśli nie rozliczy się ze swojej przeszłości, jeśli nie zamknie wszystkich swoich starych spraw. Dodatkowo, mężczyzna obawia się, że w puli odziedziczonych od ojca genów może znaleźć się ten jeden, odpowiedzialny za schizofrenię. Jego żona (on sam zresztą też) zauważa pewne niepokojące sygnały. Czy to jest to? Czy jego pierwsze dziecko, które zaraz ma przyjść na świat też to odziedziczy? Przecież medycyna zna przypadki przechodzenia chorób psychicznych z pokolenia na pokolenie.

 

Jak poradzi sobie z całą tą sytuacją Tomasz? Czy jego żona będzie na tyle cierpliwa i wyrozumiała, by czekać na męża, podczas gdy ten wojuje z demonami przeszłości i spełnia swój synowski obowiązek? I co z ojcem Tomasza? Zdradzę tylko, że film Konopki nie głaszcze sentymentalnym happy endem. Reżyser nie wieńczy obrazu kulminacyjną sceną katharsis. Pozostawia niesamowite napięcie i rezonujące echem w głowie pytanie: „co ja bym zrobił na jego miejscu?”.

 

„Lęk wysokości” to film bardzo osobisty. Konopka, dokumentalista debiutujący w filmie fabularnym, mierzy się ze swoją własną przeszłością. Już raz podjął się rozliczeń z przeszłością, realizując dyplomowy film „Czubek”. Po śmierci ojca w 2005 roku podjął decyzję o nakręceniu filmu dokumentalnego. Jednak w pewnym momencie doszedł do wniosku, że być może jego ojciec nie chciałby być bohaterem obrazu filmowego. Stąd decyzja o fabule i scenariusz „Lęku wysokości” (całkowicie fikcyjny, choć Konopka nie ukrywa, że na kanwie własnych doświadczeń), napisany we współpracy z Piotrem Borkowskim, dla którego również stała się okazją do osobistego rozliczenia z przeszłością.

 

Nazwisko reżysera samo w sobie jest zapowiedzią ambitnego kina. Konopka w 2009 roku został nominowany do Oscara za „Królika po berlińsku”. Na ubiegłorocznym festiwalu polskich filmów w Gdyni został nagrodzony za najlepszy debiut. „Lęk wysokości” otrzymał także specjalne wyróżnienie jury na międzynarodowym festiwalu w Mannheim-Heildelbergu. Gwarantem sukcesu jest także obsada głównych ról. Marcin Dorociński w roli Tomasza gra tym razem dość oszczędnie, jest skupiony, towarzyszący, można by powiedzieć na offie, nieco w tle, robiąc miejsce dla wielkiej kreacji Krzysztofa Stroińskiego, do tej pory kojarzonego raczej z ciepłymi rolami. Stroiński wcielając się w ojca, którego coraz bardziej pochłania schizofrenia, po raz kolejny dowodzi swego wybitnego talentu. Duet Stroiński – Dorociński kapitalnie oddaje przepaść między dwoma odległymi światami, w jakich znajduje się osoba zdrowa i człowiek chory. Reżyser kreśli kapitalny kontrast między poukładanym światem syna, a chaotycznym i hermetycznym światem ojca. Dobrze wypadają także kobiece kreacje – wyrazista Dorota Kolak i Magdalena Popławska w roli spokojnej i opanowanej żony Tomasza.

 

„Lęk wysokości” to małe, intymne kino, nie dla masowego widza. Film trudny, ale w jakimś sensie oczyszczający, a na pewno potrzebny. Dużym jego atutem jest fakt, że Konopka nie daje schematu gotowych odpowiedzi, systemu postępowania w takiej sytuacji, ale też nie moralizuje, nie ocenia. Jest blisko bohaterów, pokazuje ich emocje, to, jak pęka poukładany świat Tomasza, który rozbija się między swoją przeszłością a teraźniejszością. To człowiek, który dramatycznie próbuje nadrobić stracony czas, mimo iż wcale nie widzi, by ojciec miał na to ochotę. To w jakiś sposób wysiłek bezsensowny, z góry skazany na niepowodzenie, ale... ale przecież Tomasz nie robi nic ponadto, co zwyczajnie jest ojcu winien.

 

Bo tak naprawdę, chyba w jakiś sposób Konopce udał się przemycić przesłanie, w jakiś sposób noszące znamię moralizowania. Ale w najlepszym tego słowa znaczeniu. Poplątane losy Tomasza, to, jak dramatycznie próbuje rozprawić się ze swoją przeszłością, przywodzą na myśl czwarte przykazanie Dekalogu „Czcij ojca swego i matkę swoją”. Nawet wtedy, kiedy cierpi na schizofrenię. Nieważne, jaką chorobę. Jakąkolwiek. Albo żadną. Być może poza momentem poczęcia w ogóle go nie było, ale dzięki niemu przecież jesteś. Nie musisz go słuchać, nie musisz go nawet kochać, możesz do niego nic nie czuć, ale go szanuj. Niestety, do takich wniosków dochodzimy najczęściej za późno, kiedy tej drugiej osoby już nie ma, kiedy już nie możemy powiedzieć jej „wybaczam”, kiedy nie możemy nadrobić tego wszystkiego, co zaniedbaliśmy przez własny egoizm.

 

I przez lęk. Tytułowy „Lęk wysokości” to strach może nie tyle przed samą chorobą i tym, że ktoś bliski może umrzeć, co przed stanem zawieszenia, w którym ta kochana osoba jeszcze fizycznie żyje, ale już w innym świecie, do którego nie mamy do dostępu. A nade wszystko, to lęk przed samym sobą. I tym, czego nie jesteśmy w stanie pojąć rozumem.

 

Marta Brzezińska