W poniedziałek zarzuty niedopełnienia obowiązków służbowych usłyszeli dwaj oficerowie z rozwiązanego już 36. specpułku: ówczesny szef jednostki i oficer dowodzący eskadrą tupolewów. Z kolei, o winie polskich pilotów mówiono już od pierwszych chwil po katastrofie prezydenckiego tupolewa.
- Do tej pory razem z mężem stawaliśmy w obronie dobrego imienia naszego syna i innych pilotów. I nic to nie dało – mówił z żalem Lucyna Protasiuk. Dodaje, że ma świadomość, iż jej głos w tej sprawie się nie liczy.
Dokładnie tak się poczuła, gdy usłyszała o pierwszych zarzutach w sprawie smoleńskiej katastrofy. Nie minister, nie dowództwo wojsk lotniczych, nie sztab generalny, nie ci, którzy mieli to wojsko kontrolować, tylko zwykli żołnierze, którzy tylko wykonywali rozkazy tych z góry... – Niech zaczną od siebie, a nie od tych, co najmniej w wojsku znaczą – komentuje.
- Kozioł ofiarny musi być. Załoga od samego początku była skazana na to, że stanie się workiem do bicia – nie spodziewaliśmy się niczego innego. Bo tu nie chodzi o człowieka, tylko o stołek – żali się Lucyna Protasiuk.
eMBe/Se.pl

