Dawno nie widziałem takiej promocji polskiego filmu w naszych kinach. Od czasu nudnych lektur zrealizowanych przez „słusznych” twórców nie mieliśmy tak spektakularnej kampanii medialnej, która reklamowałaby „pokoleniowy film” bez gwiazd polskiego kina. Zamieszanie wokół „Jesteś Bogiem” pokazuje siłę filmu, który wzbudził prawdziwą sensacją na ostatnim  festiwalu filmowym w Gdyni. Czy słusznie?


/

Paktofonika była kultową grupą już w czasach moich dzikich imprez dekadę temu. Swoje najlepsze wspomnienia ze studenckich dni łączę m.in z kultowymi utworami Magika, Rahima i Fokusa. Sądziłem jednak, że czasy takiego rapu minęły i pozostaje on już jedynie w sercach dzisiejszych 30-latków. Dlatego byłem naprawdę zaskoczony totalną ciszą wypełnionego małolatami kina. Młodzieńcy, którzy mieli po 6-8 lat, gdy Paktofonika wchodziła na scenę muzyczną, dziś w milczeniu śledzili losy otoczonego mitem wokalisty hip-hopowego zespołu. Nigdy w polskim kinie nie doświadczyłem ponadto oklasków na koniec seansu. Reakcja młodych ludzi na „Jesteś Bogiem” pokazuje dobitnie jak głęboko hip-hop wszedł w naszą kulturę i odcisnął na niej piętno.


Jeżeli ktokolwiek pyta czy rap cokolwiek znaczy w polskiej rzeczywistości, to odpowiedź na to pytanie jest banalnie prosta. Jaki inni zespół powstały po 89 rokiem miał w III RP poświęcony sobie film? Jaki inny zespół muzyczny w wolnej Polsce doczekał się mitologii równiej Paktofonice? Żaden. „Gdy dowiedziałem się, że Leszek zaczyna kręcić, ubłagałem moją agentkę, by mnie jakoś tam wcisnąć. Wiedziałem, że jestem za stary, by zagrać którąś z głównych postaci, ale zgodziłbym się na cokolwiek, choćby rolę stołka czy okładki na płyty”- mówił w wywiadzie dla serwisu portalfilmowy.pl jeden z najciekawszych polskich aktorów Marcin Dorociński. Słowa gwiazdy „Róży” są niezwykle znamienne i pokazują co znaczy w dzisiejszej Polsce hip-hop.

 

/

Pisałem już w serwisie portalfilmowy.pl o sile polskiego rapu, który ukształtował sporą część polskiej sceny muzycznej pierwszej dekady XX wieku. Polski rap największe triumfy święcił w latach 2000-04, gdy nawet muzyczne telewizje nie puszczały niemal żadnej innej muzyki. Większość polskich miast miało kilka rapowych kapel, które konkurowały ze sobą nie tylko na scenie, ale również na ulicy tworząc polską odmianę wojny Tupaka z Biggie Smallsem. Niewielu zespołom udało się jednak pozostać w pierwszej lidze polskiego rapu. Można śmiało napisać, że dziś w świecie hip-hopowym liczą się te same kapele, które debiutowały na lokalnych scenach mniej więcej w czasach Liroya. Dziś zespoły, które w drugiej połowie lat 90. rymowały o swoim braku przywiązaniu do komercji i sławy, plując na rapera z Kielc za to, że ten się „sprzedał”, z powodzeniem zamienili klatki przed blokiem na własne biura, w których realizują się jako kapitaliści. Patrząc na chłopaków z WWO, Molesty, Tedego, OSTR'ego, Pezeta, Peję, (muzyk wyrósł na pluciu na Liroya, który dziś go broni w jego wojnie z Tede, co symbolicznie pokazuje jak zmienił się polski świat hip-hopowy) czy Abradaba (to skrócona lista pierwszej ligi rapu) trudno nie podziwiać tych ludzi za ich umiejętności biznesowe. Hip-hop w Polsce stał się bowiem nie tylko czystym biznesem, który wciska młodziakom drogie bluzy z logo ich ulubionego zespołu czy koszulki z hasłami kultowych utworów. Polski hip-hop stworzył jedyną gałąź show-biznesu, która może egzystować z dala od muzycznego mainstreamu. Stacje radiowe nie prezentują dziś rapu, telewizje nie pokazują występów raperów, a płyty czołówki naszej sceny hip-hopowej są na szczytach list bestsellerów. Dlaczego? Polski rap pozostał autentyczny i mimo komercji odpowiada na potrzeby młodych ludzi. Nie można zapominać, że wiele ulicznych, wulgarnych zespołów, które są opluwane przez „autorytety moralne” zajmuje się dziś realnym edukowaniem swoich odbiorców. Podczas, gdy gwiazdeczki playlist pojawiają się na Pudelku i śpiewają o pierdołach, raperzy przypominają powstania narodowe, rymują o wartościach rodzinnych (patrz: „chuligani” Hemp Gru) i przestrzegają przed (tak, tak) igraniem z narkomanią czy bandyterką. Wielu harcorowych raperów nie boi się również głośno przyznawać się do wiary w Boga i rymować o swoim nawróceniu, co w erze dyktatury relatywizmu moralnego jest rzadkością. Nie piszę, że robi to większość MC. Jednak takie treści można znaleźć u tych najbardziej cenionych.



Film Leszka Dawida ze znakomitymi kreacjami aktorskimi młodej krwi polskiego kina nie jest jednak jedynie opowieścią o rodzimym rapie, który przeszedł naprawdę daleką drogę od debiutu Liroya, aż po występy Tedego w serialach TVN-u. Film oczywiście skupia się na specyficznym okresie polskiego rapu, gdy polska scena hip-hopowa była w swoim apogeum, i trudno go oderwać od tego okresu. Sam reżyser zapewnia, że jego obraz miał stać się uniwersalną historią o samotności, walce i zmaganiu się artysty z własnym talentem. Czy mu się to udało? O ile twórcy filmu w znakomity sposób pokazali jak kształtował się rap w naszym kraju i z jakimi przeciwnościami musieli się zmierzyć polscy raperzy ( gorzki obraz pół-amatorskich managerów wyzyskujących raczkujących w showbiznesie blokersów, bieda młodych MC, która nie może się nawet równać z losem Eminema w ubogim Detroit z „8 mili”) , o tyle nie do końca przekonująco nakreślili osobistą historię Magika. Film Dawida jest przez wiele osób traktowany jak opowieść o życiu lidera Paktofoniki, który po popełnieniu samobójstwa tuż po premierze debiutanckiej płyty kapeli, stał się osobą kultową w świecie rapu. Mimo tego, że wyśmienita rola Marcina Kowalczyka zapada w pamięć na długo po wyjściu z kina, to w opowieści o Magiku czegoś brakuje. Nie chodzi o to, że byli członkowie Kalibra 44, w którym Magik stał się prawdziwą gwiazdą i przeszedł do legendy ( piszącemu te słowa Magik zawsze będzie się kojarzyć z „Plus i Minus” a nie „Jestem Bogiem”) dziś przekonują, że film manipuluje pewnymi faktami z życia raperów. Problem w opowieścią o życiu Magika polega na tym, że z filmu tak naprawdę niczego nie dowiadujemy się o problemach dramatycznych Piotra Łuszcza. Owszem, mamy wzruszające sceny zmagania się Magika z kłopotami rodzinnymi czy niezrozumieniem ze strony rodziców. Widzimy również wrażliwego faceta, którego marzeniem jest tworzenie własnej muzyki i utrzymywanie się ze swojego talentu. Jednak pewne cechy charakteru Magika pozostają papierowe. Nie możemy zapominać, że Łuszcz w momencie wydania płyty Paktofoniki wyskoczył z okna i popełnił samobójstwo (scena poprzedzająca to wydarzenie jest jedną z najbardziej wzruszających w polskim kinie). Dlaczego zdecydował się na taki krok? Co go popchnęło do tak straszliwej decyzji? Tego z filmu z Dawida się nie dowiemy. Reżyser nie idzie ani drogą Jamesa Magnolda, który opowiedział o zmaganiach się z demonami Johnnego Casha, ani nawet Olivera Stone’a i jego hipisowskiej opowieści o autodestrukcji Jima Morrisona. Dawid zdaje się pozostawić ocenę działań Magika widzom. Artysta pozostawia nam jednak zbyt mało poszlak byśmy sami odkryli ( z pewnością skomplikowaną) osobowość ikony polskiego rapu. „Nie wierzę też w to, że tak mało było narkotyków w życiu Magika. Wiem, ile ich było w moim życiu w tamtych czasach. Patrząc na to, co Magik przeżywa, nie zobaczyłem też specjalnego dramatu. Sam miałem okres, w którym spałem na ulicy i nie miałem się gdzie podziać”- mówi raper Sokół z zespołu WWO w wywiadzie na temat filmu Dawida. Mam bardzo podobne odczucia.


 

/

Niemiej jednak film pozwala wczuć się w klimat hip-hopowego początku XXI wieku i pozwala od kulis podpatrzeć rodzącą się scenę hip-hopową. Obraz Dawida inspiruje do tego by zastanowić się kim dziś byłby Magik. Czy pozostałby artystą poszukującym inspiracji w innych gatunkach muzyki alternatywnej jak Fisz? A może poszedłby drogą Abradaba, z którym współtworzył K44? Czy trafiłby do telewizji jak hip-hopolowi raperzy z Poznania albo korzystający do granic możliwości z komercyjnych możliwości Tede? A może jednak Magik wycofałby się ze sceny muzycznej i pozostałby autorem kilku kultowych utworów? Czy jednak zostałyby one kultowe, gdyby chłopak z Katowic nie podzielił losu Kurta Cobaina?


„Jesteś Bogiem” jest jednak filmem naprawdę znakomitym i pokazuje, że młodzi polscy twórcy potrafią opowiadać o swoim pokoleniu. Film o Paktofonice dowodzi, że zespół, który nagrał zaledwie jedną płytę i został rozwiązany niemal dekadę temu ma wciąż ogromne oddziaływanie na młodych ludzi, którzy utożsamiają się z Magikiem. Nie tylko dzięki Dawidowi ten muzyk wejdzie do historii polskiej muzyki. Czy jest to polska wersja słynnej "8 Mili"? Można te filmy ze sobą porównywać. Jednak jest to niemal jak porówananie "Luthera" do "Pitbulla". Oba seriale są genialne. Jeden z nich przypomina nam jednak, że mieszkamy w hard corowej Polsce. W "Jesteś Bogiem" widzimy dlaczego polscy raperzy nigdy nie staną się Snoop Doggami...

 

Łukasz Adamski