"Podawane są informacje nieprawdziwe i szkalujące moją osobę oraz godzące w moje dobra osobiste. Oczywiście byłem pracownikiem departamentu windykacji Eurobanku, ale nigdy nie doszło do złamania przeze mnie umowy pracy w Eurobanku. Z tego banku odszedłem składając sam wypowiedzenie umowy pracy, do dnia dzisiejszego mam dobre kontakty z kierownictwem tego banku" - pisze Miter.
Dziennikarz twierdzi, że nieprawdą jest twierdzenie, iż kiedykolwiek znalazł dokumenty Eurobanku na ulicy i stanowiły przedmiot jego pracy. "Jak znam specyfikę pracy w departamencie windykacji Eurobanku to dostęp do tego rodzaju dokumentów w tamtym czasie miało kilkadziesiąt osób i o tym też informowałem prokuraturę podczas przesłuchania 23 maja 2010 roku" - wyjaśnia Miter.
Członek Katolickiego Stowarzyszenia Dziennikarzy podkreśla, że dziś dobrowolnie stawił się w prokuraturze Wrocław Stare Miasto, aby wyjaśnić sprawę i odnieśc się do informacji prasowych. "Po rozmowie z szefem prokuratury Jerzym Dorywałą i jego zastępcą prokurator Iwoną Zełep-Pęcherzewską otrzymałem przeprosiny za zaistniałą sytuację. Zostałem też poinformowany, że prokuratura nie ponosi odpowiedzialności za to, jak do sprawy mej osoby obecnie od kilku dni podchodzą niektóre media i dziennikarze. W aktach sprawy, co wspólnie ustaliliśmy, znajdował się mój aktualny adres zamieszkania i do doręczeń. Nie pojawiała się też w nich informacja, jakobym to ja odpowiadał za znalezienie tych dokumentów na ulicy" - pisze Miter. ""Gazeta Wyborcza" i "Polska The Times" kłamią pisząc iż to ja je znalazłem i ja też za to odpowiadam. W dniu dzisiejszej podałem jeszcze jeden adres prokuraturze. Złożyłem też inne czynności dochodzeniowe o które zostałem poproszony przez panią prokurator. W sprawie zresztą byłem już przesłuchiwany jak i kilkanaście innych osób z Eurobanku w maju 2010 roku" - dodaje dziennikarz.
Jego zdaniem publikacje dziennikarzy "Gazety Wyborczej" Jacka Harłukowicza i "Polski The Times" Marcina Rybaka są "próbą zaszczucia i szkalowania".
Miter podkreśla, że dziennikarz "Gazety Wyborczej", który stawia pytanie, czy członek KSD brał pieniądze za zajmowanie się sprawą Amber Gold, dopuszcza się pomówienia i narusza jego dobra osobiste. "Od początku Gazeta Wyborcza jest nastawiona na atakowanie i szkalowanie mojego nazwiska w kontekście prowokacji dziennikarskiej względem Milewskiego oraz całej sprawy Amber Gold. Nigdy nie otrzymałem żadnych pieniędzy od pana Marcina P. Czy za samo kontaktowanie się, za zbieranie materiału dziennikarskiego można otrzymywać jakiekolwiek pieniądze ? Mi ta forma jest obca. Chyba, że dziennikarz Jacek Harłukowicz ma inna metodę. Ten artykuł jest kolejnym artykułem, za który zamierzam pozwać do sądu "Gazetę Wyborczą"" - puentuje Miter.
AM

