- Każda sytuacja, która w jakiś sposób narusza podstawowy instynkt ludzki - myślę tu o instynkcie przeżycia - jest tak mocna, że zostawia w człowieku jakiś ślad. Naprawdę nie wierzę, że można było ten lot przeżyć luźno, spokojnie, bez jakiejś refleksji. Nie mogę wypowiadać się za innych pasażerów, ale osobiście przeżyłem go bardzo mocno, bo to jest sytuacja, która stawia człowieka, przy całym pozytywnym nastawieniu i przekonaniu, że wszystko będzie dobrze, w obliczu konieczności - powiedzmy sobie szczerze - podliczenia życia i przygotowania się na stanięcie przed Bogiem. Następuje tutaj wyraźny moment wartościowania życia. W zależności od osobistego powołania - ktoś na tym pokładzie był ojcem rodziny, ktoś matką dzieci, mężem, żoną, kapłanem, wszyscy mieli jakieś plany na przyszłość - życie staje się nagle dla nas ostre i wyraźne – o. Piotr Chyła, redemptorysta, wspomina lot boeningiem, który 1 listopada awaryjnie lądował na Okęciu.

 

Zakonnik dwukrotnie udzielił rozgrzeszenia pasażerom samolotu, którzy podobnie jak on, mieli świadomość, że lądowanie może nie skończyć się szczęśliwie. - W chwili lądowania była cisza, która uderza w samo serce. Można powiedzieć, że zawierała ona potężny ładunek emocji. Najgorsze było bowiem samo czekanie na lądowanie, człowiek próbował racjonalizować emocje, a z drugiej strony po prostu chwycić się Pana Boga, nie ma innej drogi. Jeśli ktoś otrzymał dar wiary, pielęgnuje go i ta wiara jest w nim żywa, potrafi w jej świetle patrzeć na pewne zdarzenia. Doświadczyłem tego tamtego dnia – opowiada o. Chyła.

 

- Miałem przy sobie relikwie dwóch świętych osób - kosmyk włosów błogosławionego Ojca Świętego Jana Pawła II oraz kawałek ubrania św. Joanny Beretty Molli. To są moje osobiste relikwie, które zawsze mam ze sobą. Każdego dnia dotykam tych relikwii i przez wstawiennictwo tych świętych polecam moje życie, tak było również 1 listopada. Tamten lot interpretuję dwubiegunowo – wyznaje zakonnik. I tłumaczy, że „pierwszym biegunem jest natura ludzka, tzn. kunszt, profesjonalizm i wyćwiczenie pilota i doskonała postawa załogi, jeśli chodzi o ich podejście do procedury lądowania awaryjnego. Do tego trzeba jeszcze dodać, że sprzyjały nam warunki atmosferyczne i służby naziemne miały czas w odpowiedni sposób przygotować lotnisko. Drugim biegunem jest Opatrzność Boża, co dodaje piękna całości tej sytuacji. Jestem bombardowany przez media, którym ten czynnik wiary niestety się wymyka, podchodzą do sprawy czysto statystycznie, matematycznie, a przecież oczywiste jest, że Pan Bóg nas prowadził”.

 

Redemptorysta dodaje jednak, że nie będzie się bał latać po tym wydarzeniu. - Dalej będę korzystał z samolotu, bo patrzę na życie przez pryzmat innych wartości, wierzę w to, że Pan Bóg nim kieruje. Oczywiście mimo że samolot to fenomenalny środek przemieszczania się, człowiek zawsze będzie miał świadomość, że w powietrzu jest bezradny. Pozostaje jednak wiara i ufność w Opatrzność Bożą – kończy o. Piotr Chyła. 


eMBe/ND