Pamiętam, był rok 1967. Wraz z rodzicami pojechaliśmy do Krakowa. Miałem 10 lat i byłem zapalonym historykiem. Przy łóżku leżał „Poczet królów polskich”, który był długi czas moją ulubioną lekturą. Na ścianie nad łóżkiem wisiała spora makatka będąca kopią obrazu Matejki „Kościuszko pod Racławicami”. Nie oddałbym jej wówczas za nic na świecie. Kilka lat później makatka zaginęła w wirze przeprowadzek i remontów. Ten Kraków był dla mnie magiczny. Rodzice tą wyprawą zrealizowali moje najskrytsze marzenie. Na Wawel chodziliśmy co dzień. Tak samo na czarodziejską Skałkę, gdzie na ławeczce przy sadzawce św. Stanisława niemiłosiernie cięły roje komarów.

Mama była doskonałą przewodniczką. Ta miłośniczka historii, z zawodu geograf, potrafiła przecudnie opowiadać. Teraz rozumiem, jaką przyjemność musiałem jej sprawiać słuchając opowieści z rozdziawioną buzią. Ojciec zaś, ale już nieco później, wprowadzał mnie w obszar filozofii, a właściwie historii filozofii. Do tego stopnia, że gdy jako nastolatek wyjechałem na obóz sportowy (byłem ciężarowcem, członkiem kadry juniorów) to zabrałem z sobą trzy tomy „Historii filozofii” Tatarkiewicza. Nie muszę mówić, jaką byłem w tym towarzystwie osobliwością.

Rodzice spowodowali, że pokochałem Polskę z jej Krakowem, Gdańskiem, Warszawą, Białymstokiem, Poznaniem, Bytomiem. Tak się rodził mój patriotyzm. Nie żaden pompatyczny czy sztandarowy, ale codzienny, by rzec - powszedni.

U nas w domu nie było socjalizmu, PZPR-u, esbeków. Rodzice nie wpuścili tego za drzwi. Przez to zapewne w dużej mierze ulegaliśmy wszyscy złudzeniu (mam starsze rodzeństwo), że żyjemy w normalnym kraju. Były niedzielne obiady, msza święta z obowiązkową białą koszulą i aksamitką. Zupełnie do mnie nie docierało, że żyjemy w zniewolonym kraju.

Pierwszy „zimny prysznic” to był marzec 1968 roku. Rodzice słuchali zakazanego radia. Oglądali telewizję i z niedowierzaniem kręcili głowami. Mój śp. ojciec był antysemitą. Ale nie od zawsze. Zaczęło się to od jego przygód z UB na początku lat pięćdziesiątych. Lotnik z eskadry Skalskiego, syn przedwojennego kułaka, ambitny. Nic też dziwnego, że wypełniający tajniackie gabinety Żydzi byli nim zaniepokojeni. Znam to ze szczątkowych opowiadań. Aż do śmierci ojciec niewiele o tym mówił. Chyba mu Appelbaumy przechrzczeni na Jabłońskich nieźle dopiekli. I tak bym pewnie tkwił w tym przekonaniu, gdyby nie opowieść pewnej kobiety z Ciechocinka. Ostatnią bowiem dekadę swojego życia (ojciec zmarł w 2008 roku) tato jeździł latem do Ciechocinka. Mimo, że nie miał żadnych skierowań ni ulg - jeździł. Zdarzyło się, że małżeństwo polskich Żydów z Izraela chciało się przysiąść do stolika samotnie zajmowanego przez starszego pana w sanatoryjnej stołówce. Potem okazało się, że był to oficer Ludowego Wojska w stanie spoczynku. Gdy starsi państwo zapytali, czy mogą się dosiąść, usłyszeli, że „z Żydziunami przy jednym stole nie będę jadł, idźcie na korytarz; tam wasze miejsce”. Stołówka zamarła. Wówczas mój tato, ten antysemita, wstał od swojego stolika i zaprosił doń nieszczęsną i zdezorientowaną parę. A do pułkownika powiedział najgorsze słowa, jakie znał: „pan jesteś, no jesteś pan straszny prostak!”. Wówczas konsumenci zaczęli mu bić brawo. Miał wtedy tato 83 lata. Nigdy bym się o tym nie dowiedział, gdyby nie opowieść owej, w sumie przypadkowej, kobiety z Ciechocinka, która pracowała w sanatorium jako kelnerka.

W końcu polityka mnie dopadła. Najpierw w 1970 roku, gdy mama z niepokoju płakała zamartwiając się losem mojego brata studiującego wonczas w Gdańsku medycynę. W 1976 roku byłem już całkiem świadomy, w jakim kraju żyję i sporo wiedziałem o robotniczych „ścieżkach zdrowia”. Właśnie zdałem maturę… Krótko potem założyłem z przyjaciółmi teatr studencki, który był oczywiście na „nie” i bez nawiązań do Che Guevary, czy innych lewackich bandytów. Byliśmy za to w sferze zainteresowania esbeków. Były jakieś zatrzymania na „cztery-osiem”, boje z cenzurą, etc. O wielu rzeczach dowiedziałem się, gdy uzyskawszy status pokrzywdzonego, miałem częściowy wgląd do esbeckich dokumentów. Miałem w SB niezgorszą opinię. TW Adaś donoszący na kolegów i koleżanki okazał się być dziewczyną, zakochaną we mnie. Jej meldunek przedstawiał mnie jako bardzo dobrego studenta, co było bardzo luźnym potraktowaniem prawdy, a także jako apodyktycznego szefa teatru studenckiego, którego zajmowała sztuka, a nie polityka. Na pewien czas tajniacy dali mi spokój.

W 1980 roku wraz z kolegami z teatru staliśmy trzy ostatnie dni strajku pod Stocznią Gdańską. Wdychaliśmy powietrze wolności, widzieliśmy Lecha stojącego na bramie tuż po podpisaniu porozumień. Widzieliśmy nadzieję tlącą się jasnym płomykiem w ich oczach.

 

„Jak teraz wam się żyje tutaj, w Polsce?”

 

Mógłbym długo tak opisywać swój zwyczajny, pokoleniowy życiorys. Jednakże chciałem to zrobić „na skróty” i powierzchownie, bo nie o biogram tu chodzi. On tylko pokazuje, w jakiej atmosferze dorastałem. Tylko tyle.

Bezpośrednią podnietą do napisania tego tekstu było spotkanie z Jędrkiem, kolegą pochodzenia żydowskiego. Wyemigrował stąd niemal w przeddzień ogłoszenia stanu wojennego. Poszliśmy razem na obiad, a potem do mnie na kawę i ciasto swojego wypieku. Jędrek (bo tak miał na imię) zamieszkał na stałe w Danii. Pracował na uniwersytecie. Ukończył w Kopenhadze jakieś uniwersyteckie studia techniczne. Miał bardzo zadbane ciało, gładką skórę, świetnie odżywiony organizm. Zdał mi się innym, może wyższym, wcieleniem człowieka. Okazało się, że nie interesował się Polską, niemal w ogóle. Przez dwadzieścia lat od przełomu ustrojowego żartował, że prezydentem jest wciąż Wałęsa. Słyszał o smoleńskiej tragedii, ale niewiele. Czytał tylko lokalną prasę i oglądał tylko lokalną telewizję. Pamiętał, że nowy kraj pogrążył się w smutku po stracie Papieża. Szliśmy na obiad rozmawiając o remontowanym Toruniu, o budowanych autostradach, o sukcesach Małysza (o nim słyszał najwięcej). Usiedliśmy w eleganckiej knajpce i on zapytał: „Czy mogę ci zadać pytanie?”. „Oczywiście” - odparłem z ochotą. „Jak teraz wam się żyje tutaj, w Polsce? Chciałem tu wrócić, ale jakaś siła mnie stąd wypychała. W końcu wmówiłem sobie, ale chyba dość skutecznie, że Polska mnie zupełnie nie obchodzi i mam już dość przeprowadzek i remontów”. A przecież w czasie okupacji jego dziadków uratowała rodzina toruńskich zegarmistrzów…

Upewniwszy się, że rzeczywiście chce on się czegoś dowiedzieć, spróbowałem mu nakreślić wizerunek naszego kraju. Nie potrafiłem. Wszystko się rwało. Ani chronologia, ani miejsca zdarzeń czy postrzeganie Polski przez pryzmat własnego domu nie zdawały egzaminu. Wówczas Jędrek robił wielkie oczy i od razu widziałem, że on nie rozumie, a ja nie trafiam. No bo jak opowiedzieć o klimacie społecznym, o tym, że tkwią w nas jakieś pokłady podłości, pomieszanej z zawiścią, a nierzadko z nienawiścią. Ten kraj, który niejeden raz ratowała narodowa solidarność, gdy tylko mija zagrożenie, staje się podły, zawistny, ślepo i głupio zapatrzony w Zachód, wobec którego mamy niekończący się kompleks. Wobec osób, które mają ewidentne zasługi, potrafimy grzeszyć pychą, zazdrością i kłamstwem. Nikt tak jak my nie potrafi wcielać w życie przysłowia, że nikogo tak nienawidzimy, jak swoich wierzycieli.

Uwielbiamy natomiast wygrywać nie tylko wtedy, gdy jesteśmy lepsi, ale z reguły wówczas, gdy przeciwnik się potknie i przewróci o nogę, którą mu podstawiliśmy. Dwadzieścia lat wolnej Polski spowodowało, że tęsknię do naszego domu, do niedzielnych obiadów i wyjazdów z rodzicami. Wtedy wszystko było prawdziwsze, a erudycja matki dawała mi sporą wiedzę. Teraz obserwuję, jak jedno czy drugie ugrupowanie stara się podeptać zasługi i niepospolitą odwagę Wałęsy. Postępowanie i poszukiwanie prawdy przez niektórych „ipeenowców” pozwoliło Grossowi postępować tak samo. Furda historia, furda fakty - najważniejsze jest posłanie, misja, która nieodmiennie brzmi: „zniszczyć mit Wałęsy”. Za to nie znoszę Kaczyńskich. Mam do nich wiele pretensji. Ale jednocześnie nie ma we mnie przyzwolenia na niszczenie już tylko jednego Kaczyńskiego i zbudowanie dla niego prawdziwej produkcyjnej taśmy nienawiści. Brylują tu gazety prawicowe, tak czy inaczej związane z ideologią charakteryzującą PiS. To haniebne i podłe. Ale są to jednocześnie jedyne gazety, które kupuję. Tylko je się daje czytać. Trzeba przyznać, że pod względem dziennikarskim, czysto warsztatowym, „Gazeta Wyborcza” czy „Polityka” są niejednokrotnie lepsze niż prasa prawicowa. Potrafię to docenić, ale nie potrafię wybaczyć wyraźnie kłamliwego interpretowania faktów. Cenię Michnika za jego działalność w podziemiu, ale nie ma we mnie nawet krzty akceptacji dla sposobu prowadzenia „Gazety”. Żyję w kraju, w którym znakomici aktorzy, zawodowo mówiący cudzymi tekstami, są traktowani jak eksperci od wszelkich spraw społecznych. Taką rolę odgrywa Olbrychski, którego w ostatnim czasie mocno eksploatowano, co w jego przypadku oznacza pomnożenie okazji do dobrowolnej kompromitacji. Wybitny aktor, symbol poniekąd polskiego kina, plótł brednie. Tak samo jest z Kutzem. Wybitnego reżysera po prostu nie daje się słuchać.

Cenię odwagę i – w młodości - postawę prof. Stefana Niesiołowskiego. Jednocześnie wymiotować mi się chce, gdy słyszę jego agresję. Potrafi bez skrupułów obrazić każdego, kto mu się nie podoba. Jest sam w sobie uosobieniem nienawiści. Może też być przykładem mowy nienawiści. Jego słowa to plwociny trafiające na prawo i lewo. Wśród bożków jest też jeden szczególny. To Władysław Bartoszewski o nicku „profesor”. Starzec, który poniża, kogo zechce, który uwielbia brawa za swoje „dowcipne” skojarzenia. To nasz najnowszy „złoty cielec”, polityczne objawienie, ekspert od spraw niemieckich i żydowskich. Obiektywny fałszerz faktów.

 

Polska jest chora!

 

Zatem żyję w kraju, w którym nic tak nie boli, nie doskwiera, jak cudzy sukces. Z szacunkiem do zmarłego prezydenta i jego szczególnego patriotyzmu nie umiem dostrzec w nim męża stanu ani wytrawnego polityka. Był dotkliwie nijaki, bardzo wycofany, niepewny swoich decyzji. Był marnym prezydentem. Ale uczciwym, prawdomównym i demokratycznie wybranym. Dlatego tak bardzo boli mnie każda kpina z niego. Boli podszyta ironią niemal każda audycja polityczna w TVN. Prezydenta już nie ma, ale pozostał jego brat, którego wizerunek media rysują w sposób krzywdzący i prześmiewczy. Cokolwiek by nie mówić, Jarosława Kaczyńskiego znamy (w większości) tylko z przekazów medialnych. A te z kolei mają dlań pełną szkatułę szyderstw i maciupeńką sakiewkę z akceptacją. Nie trzeba być profesorem, aby to dostrzec. Jeden z moich znajomych jest operatorem i przez dłuższy czas pracował dla jednej z najpopularniejszych stacji. Ma prawie dwa metry wzrostu. Opowiadał jak dostał wytyczne, aby korzystając ze swego wzrostu filmował Kaczyńskiego zawsze maksymalnie od góry, aby ten polityk robił wrażenie jeszcze niższego niż w istocie jest. Cóż za diabelska sztuczka, prawda? A jaka podłość! Jednocześnie nie umiem zaakceptować polityki Prezesa Jarosława, boję się jego zapiekłości i tego, że gna do władzy, aby rozliczyć świat za śmierć brata. Zupełnie tak, jakby przysięgał go pomścić. Boję się polityki uprawianej pro domo sua. Wychowany w normalnym domu, nauczony przez matkę uwielbienia dla historii nie potrafię zrozumieć obecności kapłana w publicystycznym programie prowadzonym i skonstruowanym przez naczelnego redaktora „Playboya”. W ten sposób duchowny legitymizuje istnienie tego kolorowego magazynu robiąc to w obecności nie mających nic poza bredniami do powiedzenia celebrytami, przebrzmiałymi sławami gitary elektrycznej czy feministkami.

Czasami udomowiona w organizmie choroba daje o sobie znać wykwitami skórnymi, wrzodami ropnymi czy zmianami w psychice. A Polska jest chora! Bo jakże inaczej traktować początkowy zachwyt dla wykwitu wrzodowego nazywającego się Palikot? Byłego posła wspieranego przez Kalisza czy sześćdziesięcioletnią wokalistkę z grupy rockowej chwalącą się rekordowo długim konkubinatem. Jak środowiska inteligencji katolickiej, chrześcijan czy po prostu ludzi wierzących mogły dopuścić do publicznego, transmitowanego przez liczne stacje telewizyjne obrażania, deptania godności polskich biskupów! Martwimy się stanem Kościoła, podziałami wewnątrz episkopatu czy nieuczciwymi macherami z komisji majątkowej jednocześnie nie wykonując żadnego ruchu w jego obronie, w obronie przeciwko Palikotom, Senyszynom czy żałosnym Sipowiczom. Jak dobrze, że moi rodzice tego nie dożyli.

 

Media i politycy

 

Do mojego rodzinnego domu rodzice socjalizmu nie wpuścili. Modliliśmy się wspólnie i chodziliśmy razem do kościoła. Teraz polityka nie tylko wlazła do mojego domu, ale bezczelnie żąda niedzielnego obiadu. I tutaj kolejne srogie smagnięcie knuta. To „Radio Maryja”. Naprawdę nie da się go w całości słuchać. Może to przychodzi z wiekiem i dlatego mój śp. Tato słuchał go na okrągło. Ja nie umiem. Nie chcę słuchać antysemickich i obrzydliwych w swym ideologicznym przekazie pogadanek Jerzego Roberta Nowaka. Radio Maryja przez swą działalność na długi czas skompromitowało w Polsce ideę radia katolickiego. Niestety. Jednocześnie jednak nie mogę słuchać wynurzeń Stanisława Obirka, byłego jezuity, który zrzucił habit, by stać się konkubentem zamężnej niewiasty. Nie umiem bez negatywnych emocji czytać felietonów dyżurnego chrześcijanina z „Gazety Wyborczej” Jana Turnaua. Jego ekumenia to nie tyle porozumienie kościołów, co osłabienie pozycji i znaczenia Kościoła katolickiego. Jest uczestnikiem i współwykonawcą zadania „mieszania w głowach”. Tę umiejętność „GW” opanowała do perfekcji. Pod tekstem Turnaua pojawia się zazwyczaj felieton o księżach - pedofilach, księżach - złodziejach, księżach - kombinatorach. Kawałek dalej niechcący jakby pojawia się wątpliwość, czy JP2 może być beatyfikowany, skoro za jego pontyfikatu zdarzyły się te wszystkie brudne sprawki. W moim domu nic się aż tak nie mieszało. Dzięki rodzicom świat był prostszy. I „tak” znaczyło „tak”, a „nie” znaczyło „nie”. Co więcej było, to od złego było. Zupełnie jak u św. Mateusza Ewangelisty.

Sporo szacunku wzbudzają u mnie politycy, a zwłaszcza ci funkcyjni, którzy oficjalnie praktykują wiarę. Tak było na początku z Bronisławem Komorowskim, który nieco żartobliwie skarżył się, że nawet podczas komunii świętej w wiejskim kościele na Mazurach borowcy starają się być jak najbliżej podopiecznego. Ale co mi po wierzącym prezydencie, którego niemal z definicji szanuję (to też sprawka moich śp. Rodziców), jeśli okazał się on politycznym ignorantem, werbalnym pajacem, człowiekiem, na którego Polska w żaden sposób sobie nie zasłużyła. Często pytam, za co ta kara? Bolało, gdy prezydent miast jak prawdziwy mężczyzna stanąć przed tłumem „obrońców krzyża”, chował się do mysich norek, udawał, że go nie ma, że nie jest prezydentem, że to sprawa dla władz stolicy, że nie ma się o co bić, bo sprawy rozwiążą się same. Wtedy wiedziałem, że prawdziwy prezydent leży w trumnie. Tak samo bolało, gdy polski rząd, a nade wszystko premier, pozwolili, by komisja MAK powołana w kraju rozpitych do maksimum obywateli, w kraju, w którym wóda jest ważniejsza niż dobrobyt i demokracja, gdy ta komisja zarzucała naszemu generałowi, że był pijany. Jednocześnie nie ujawniając ani na jotę, jak wyglądała z punktu widzenia technicznego i medycznego procedura badania krwi denata. Przyjęliśmy te wszystkie „makowskie” prawdy jak objawione i niepodważalne. Ale cóż premier, jeśli największy dziennik w kraju najwyraźniej chce winy za katastrofę dopatrywać się tylko po naszej stronie. A prezydent bez znaczących przesłanek stawia tezę o boleśnie banalnej prawdzie. Gdyby tak się pospieszył Lech Kaczyński, zostałby medialnie zaszczuty, a potem zniszczony. Gdy Kaczyński powiedział swoje słynne „Irasiad jest zdenerwowana” to za sprawą gazet, Internetu i telewizji wszyscy rechotali ze śmiechu. Mówiono nawet o psie „Lechusiad”. Gdy obecny prezydent najpierw scharakteryzował zachowanie wody, potem coś bigosował, a na końcu zrobił z żony Obamy ladacznicę, wiele (większość) mediów potraktowała to jako sarmacki żart, szlachecką jowialność. Gdy Komorowski w jakiejś tam księdze walnął dwa ortograficzne byki, to jeden z posłów PO skomentował to tak: „a kto z nas nie robi błędów ortograficznych?”.

W moim rodzinnym domu być w domu o 20.00 oznaczało dwudziestą na zegarze. Gdy w programie TV w gazecie było napisane, że „film dla dorosłych”, to nie mogliśmy nawet zapytać, czy jednak możemy oglądać. Wszystko było proste, surowo egzekwowane i mądre. Teraz świat się zmieszał. Także obyczajowo. Hurtowo pozwalamy swoim pociechom żyć na kocią łapę, nosić do szkoły prowokacyjnie skąpe spódniczki i bluzeczki, siedzieć przy komputerze godzinami. Na to wszystko mamy jedno wytłumaczenie: „świat idzie do przodu”. To nie świat idzie do przodu, ale my jesteśmy głupi i się cofamy. To nie świat pozwala na konkubinat, lecz my, to nie świat skraca spódniczki, ale chłopcy obcinają je wzrokiem i ślinią się na widok pępka.

Ileż to razy słyszeliśmy, że nasz episkopat jest słaby. Ale to nieprawda. Bo nie episkopat jest słaby, lecz my mu w niczym nie pomagamy. Pozwalamy (a myślę tu o urzędnikach magistrackich z Warszawy) na homoseksualne parady z „otwartym na świat” Kaliszem, znakomicie wykształconym Pacewiczem, bezbożną Senyszyn wymachującą biczem do praktyk sado-maso. To władze stolicy pozwoliły na całkowicie haniebną burdę zorganizowaną przez kuchcika z ASP, gdzie widać było krzyż zrobiony z puszek po piwie Lech czy ukrzyżowanego, pluszowego misia. Z drugiej strony mieliśmy takich, którzy pod krzyżem „harcerskim” się modlili wraz z tymi, którzy mieli wzrok stęskniony za mózgiem, których cechowała żądza przygody i zadymy. Oni też mówili, że bronią krzyża. Dopuściliśmy do tego, że jakieś kobiety w kompletnym amoku zaczęły wypędzać szatana z księży, którzy w strojach liturgicznych przyszli po krzyż, aby go przenieść. Znowu się wszystko zmieszało.

 

Edukacja, głupcze!

 

Nigdy dotąd nie było widać, jak bardzo telewizja jest upartyjniona, jak bardzo ten podstawowy mechanizm informacyjny podlega rozkazom polityków. Pamiętam swoje zdziwienie, gdy w pewnej białostockiej wsi stałem w kolejce po chleb, który właśnie „rzucono na sklepy”. Ogonek był spory. Widać było gołym okiem, że nie starczy dla wszystkich. Ale też widać było, jak niektóre osoby poza wszelką kolejnością podchodziły do lady i mówiły: „Jadziu, daj no dwa bułeczki chleba”. Sklepowa dawała, kasowała i już. Zapytałem stojącego przede mną pracownika pobliskiego SKR-u: „Jak to tak, bez kolejki?”. Gość w gumofilcach zaraz mi miękkim i śpiewnym akcentem wytłumaczył: „Ma znajumość ze sklepowom to nie musi stać jak jakiś śwanc w kolejce”. Koniec. Kropka. Ewidentna akceptacja bezprawia usankcjonowanego obyczajem. Podobnie było z telewizją. Zmiana prezydenta natychmiast oznaczała wyrzucenie z ramówki Pospieszalskiego i Wildsteina. Społeczeństwo zaakceptowało tę zmianę i sposób jej przeprowadzania, bo taki jest obyczaj. Nikt nie liczy się z widzem, nikt nie pyta o zdanie udziałowców TVP (płacą wszak abonament), po prostu Pospieszalski robił program zbyt krytyczny, a to przeszkadzałoby nowemu prezydentowi i ekipie rządzącej w sprawnym prowadzeniu gry PR. Trzeba zatem Pospieszalskiego czy Wildsteina wywalić. No i wywalili, przy milczącej akceptacji Polaków. I znowu mieszanka prawa z bezprawiem, obyczaju z normą społeczną. Zasmucające, że za tymi dziennikarzami nie ujęli się solidarnie inni żurnaliści. Ale na taki gest trzeba niebywałej wprost szlachetności.

Niezwykłym fenomenem jest polska szkoła. Jej ramy organizacyjne, podział przedmiotów, sposób prowadzenia zajęć mają cechy szkoły dziewiętnastowiecznej. Jej treści to idiotyczny, pozbawiony wyrazistych celów i przeładowany zlepek programowy. Nauczyciele nasamprzód traktowani jak niewolnicy-rzemieślnicy uciekali ze szkoły, jeśli tylko mieli gdzie. Z czasem wytworzył się mechanizm, który do szkoły selekcjonował miernoty, którym odpowiadała mało odpowiedzialna praca (nie znam przypadku, by rozwiązano z nauczycielem szkoły publicznej umowę z powodu złych wyników uczniów), łącznie ponad trzy miesiące wolnego i pewna, comiesięczna płaca. Zadziwiające jest to, że o mankamentach szkoły wszyscy wiedzą, bo mają w niej dzieci albo wnuki czy też mają relacje od dzieci sąsiadów bądź spotykanych na imieninach znajomych pracujących w szkole. Próby zmian nie powiodły się. Pracownicy edukacji to rzesza ca 700 tysięcy ludzi o wyjątkowo zachowawczych odruchach. Nie udała się i nie została dokończona (w ok. 40%) reforma Buzka/Handtkego, nie wiadomo, o co chodzi Katarzynie Hall w jej próbach zmiany systemu oświaty. Raz to próbuje stawiać kroki milowe, a innym razem kroczki maleńkie i w dodatku do tyłu. Nie trzeba długo dywagować, aby dostrzec, że za lat dwadzieścia lub trzydzieści Polska w jakiś, może polityczny sposób, zniknie. Jeśli tylko prawdą jest, że „takie będą Rzeczpospolite, jakie ich młodzieży chowanie”. Jeśli młodzieży nie wychowujemy, co widać na każdym kroku, jeśli nie stawiamy jej zadań do wykonania, to nie tylko nie możemy oczekiwać rozwojowej Polski, ale Polski w ogóle; jako takiej. Da się bowiem importować samochody, paliwa, artykuły spożywcze, ale nie da się jednak importować żadnej warstwy społecznej, na przykład inteligencji. W tym kontekście (właśnie w tym!) niezrozumiałe jest kunktatorstwo rządu i samego Donalda Tuska w poszukiwaniu sposobów wydobycia gazu łupkowego. Niezależność energetyczna byłaby niezwykle mocną kartą przetargową Polski na  arenie międzynarodowej. Ale nam jakoś niespieszno. To kolejny element budujący dystans między mną a moją Ojczyzną.

 

Sukcesy… i bolączki

 

Ale coś jednak się powiodło. Myślę tu o genialnej inicjatywie budowania „Orlików”, czyli niewielkich aglomeratów sportowych składających się z boisk do różnych gier pokrytych znakomitymi nawierzchniami. To boiska do siatkówki, koszykówki, piłki nożnej, a zimą lodowiska do jazdy rekreacyjnej i do gry w hokeja. Miejsca z pełnym zapleczem socjalno-higienicznym. Co ważne nikogo nie trzeba prosić o możliwość gry. Bo tam na okrągło pracują dozorcy, dzięki którym Orliki są w nienagannym stanie. Jak napisałem wcześniej to genialne (w swojej kategorii) posunięcie. Daleko skuteczniejsze niż wszystkie wychowawcze reformy pospołu. I znowu się coś miesza - nieudolność z pomysłowością i skutecznością. Oczywiście „orlikowa inicjatywa” to działanie ze znacznie lżejszej kategorii jak wydobywanie gazu z łupków, ale tutaj również można ocenić konsekwencję i determinację działania w realizacji przedwyborczych obietnic. Chociaż - rzecz jasna - zbudowanie nawet kilkuset orlików jest znacznie łatwiejsze i tańsze niż skonstruowanie i uruchomienie szybu gazowego.

Każdy, obdarowany zdrowym rozsądkiem i minimalną nawet spostrzegawczością, musi sobie zadawać pytanie: co jeszcze na scenie politycznej robi Oleksy, Cimoszewicz, Miller, Jaskiernia, Martyniuk, a w jakiś sposób także Jaruzelski i nawet Kiszczak? Mieli już czas swojej władzy. Potem mieli jeszcze trochę władzy na bis, ale już bez mordów dokonanych przez nieznanych sprawców, a teraz przywdziewają, przynajmniej niektórzy, togi doradców, mędrców, wyroczni. Tak Jaruzelski decyzją prezydenta Komorowskiego został doradcą w sprawach Rosji.

Bo to jest nasza przeszłość pchająca się do utraconych przywilejów, do mediów, do wielbicieli. „Żeby jeszcze chociaż trochę”. Nasza przeszłość nas dogania i cichutko propaguje swój oddolny socjalizm. A my? Cóż możemy my? Czy odstraszymy ich ujadaniem Bartoszewskiego? Czy może zechcemy się wreszcie dowiedzieć, czym jest ów słynny koniec, po którym - wg Leszka Millera - poznać prawdziwego mężczyznę? Na pchających się do władzy „działaczy lewicowych średniego pokolenia” mamy osobliwy i oryginalny pomysł. Przywalamy swoim. Z Kaczyńskiego robimy „oszołoma Kaczora”, z Wałęsy robimy konfidenta (szkoda, że tak późno się urodził, byłoby znakomicie móc mu przyłożyć współpracą z SS) i głupka, z inteligentnego i naprawdę patriotycznego Korwina-Mikke zrobiliśmy nieszkodliwego błazna. Bo jeśli tylko się przebić przez przybraną przez Korwina maskę i retorykę to daje się usłyszeć mnóstwo doskonałych spostrzeżeń i – choć nie zawsze trafnych - sposobów rozwiązywania problemów.

Ale i inaczej sobie przykładamy. Na przykład wyniesieniem na tron Leppera czy Łyżwińskiego albo skrajnym co do głośności roztrząsaniem historii ich kontaktów z jakąś praczką czy szwaczką z niewielkiego miasta. Leppera historia Kaczyńskim nie wybaczy. Nigdy. To największy błąd ich – wydawałoby się – przemyślanej i dalekowzrocznej polityki.

Dlatego tylko wobec takiego kraju jak Polska mógł sobie na takie insynuacje pozwolić nienawistny i zapiekły Jan T. Gross. Amerykanom, Brytyjczykom, Francuzom czy nawet Niemcom nigdy by tego nie zrobił, bo jest tchórzem i naukowym tandeciarzem. Zupełnie zaskakująco firmowanym przez jak dotąd szanowane wydawnictwo „Znak”.

Przedstawiłem Państwu obszerny fragment listu, który napisałem do Jędrka. Widział on bowiem, że w sformułowaniu odpowiedzi na pytanie „Jaka jest dziś Polska” mam pewne problemy i nie umiem tego zadowalająco zrobić a vista. Stanęło na tym, że napiszę do Jędrka  list. Teraz go Państwu przedstawiam. Ocenzurowałem go wyrzucając zeń wątki osobiste i skróty myślowe zrozumiałe tylko dla nas dwóch. Zapytałem też kolegę, czy mogę list opublikować rezygnując oczywiście z zawartej w nim wszelkiej prywatności. Pozwolił.

 

Aleksander Nalaskowski

Autor jest dziekanem Wydziału Nauk Pedagogicznych UMK w Toruniu.

Śródtytuły pochodzą od redakcji.

/

Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »