Dom Rodzinny i jak być osłem
Gilbert Keith Chesterton swoją autobiografię rozpoczął pisać w roku 1930, 6 lat później zmarł. Nie można jednak przyjąć jego wspomnień, tak jak innych: są magiczne i niestosownie prawdziwe. Chesterton nie cierpiał dat – nie ufał zatrzymanym obrazom rzeczywistości, wetkniętych w skończoność liczby. Po prostu szedł przez życie (to chyba najtrafniejsze określenie całości egzystencji Chestertona) zawsze zatrzymując się nad chwilą, która będzie trwać dalej.
Historię z Chestertonem warto rozpocząć (tak jak czyni sam Autor) od świata dzieciństwa, z elfami i rycerzami na planie pierwszym. Gilbert miał kochających rodziców i brata. Tak opisuje relację ze swoim Ojcem, któremu zawdzięcza dzieciństwo pełne cudowności: "Był on rzeczywiście człowiekiem ze złotym kluczem, magikiem otwierającym wrota bajkowych zamków albo groby bohaterów. (...) Ale przez cały czas świat (a nawet sąsiedzi) znał go jako bardzo solidnego i zdolnego, choć raczej mało ambitnego przedsiębiorcę". Rodzinna atmosfera Chestertonów przepełniona była miłością wzajemną, jak również duchem czasów wiktoriańskich, którego to Gilbert nad wyraz ukochał (nawet gdy krytykował co po niektóre jego fundamenty).

Swoje dzieciństwo Autor przeciwstawia współczesnemu kultowi "bawiącego się dziecka". Uważa, że w nowej i romantycznej kulturze (współczesnej), dzieci stały się dość zepsute, gdzie "(...) ich prawdziwe piękno zostało zniszczone przez emocje pozbawionych skrupułów dorosłych, którzy sami w znacznej mierze stracili poczucie rzeczywistości". Jest to bardzo dobra, psychologiczna analiza wychowawcza. Chesterton był wrogiem tzw. wychowywania bezstresowego, które dzisiaj tak hołubimy. Dla Niego historie moralizatorskie, świętoszkowate, fantazyjne opowiadana i snute przez dzieci dorosłym, były czymś co ma się wydarzyć, co ma zaraz nastąpić. Rodzic patrząc na dziecko przez pryzmat swoich rzeczywistych receptorów, nie dostrzega tajemnicy otaczającej jego syna czy córki, tylko pragnie go "nawrócić" – przybliżyć do rzeczywistości. "Całe moje dzieciństwo – pisze – charakteryzowało się czymś być może nieuchwytnym, ale wcale nie mglistym, czymś bardziej konkretnym niż różnica między ciemnością i dniem albo bolącym i niebolącym zębem". Ot, krótka charakterystyka całego dzieciństwa.
Edukacja szkolna to dla Gilberta świat "zabawy". W co? Filozoficznie odpowiadając: "w bawienie się". Chesterton pisze, że w trakcie edukacji pojawia się u niego coś, co nazywa "nieudacznictwem" – nie wie tylko, czy to wpływ szkoły czy czegoś metafizycznego. Trzeba pamiętać, że Gilbert już w szkole powszechnej pisał i rysował. "Kiedy chodziłem do St. Paul`s School – wspomina – panowała tam konwencja swego rodzaju niezależności, będącej w pewnym stopniu fałszywą niezależnością, opartą na fałszywej dojrzałości". Ale tam (w szkole na Hammersmith) narodziła się najszlachetniejsza przyjaźń z Edmundem Bentley`em (dziennikarzem i powieściopisarzem) i Lucianem Oldershaw`em (wszechstronnie wykształconym mówcą). Razem redagowali pierwsze pisma kulturalno-społeczne, prowadzili debaty, kluby dyskusyjne i żyli nie idealizmem ale chęcią zrobienia czegoś, co przeminie, ale i pozostanie. Przyjaźń Chesterton traktował bardzo poważnie, na równi z miłością do swoich rodziców i brata, dlatego w jego "Autobiografii" czuć niesamowitą braterską agape do każdego napotkanego człowieka – nawet gdy okazał się wrogiem ideowym. Człowiek, według Gilberta jest zawsze pierwszy od wszystkiego innego.
Trzeba wspomnieć w tym miejscu o bracie Gilberta, Cecilu Chestertonie, który miał ogromny wpływ na uformowanie zarówno jego poglądów politycznych, jak również samej osobowości. Cecil był młodszy od Gilberta o 5 lat. "Początkowo Cecil był nieco buntowniczym rodzajem poganina, szczególnie wrogim purytanom obrońcą rozrywek bohemy – towarzyskim ale całkowicie zeświecczonym. Ja zrazu byłem bardziej skłonny bronić w jakiś mglisty sposób wiktoriańskiego idealizmu. (...) poprzez proces eliminacji, zbliżaliśmy się jednak do wspólnego poglądu, że bardziej przekonująca i obiecująca będzie jakaś religia niepurytańska". Bracia już od najwcześniejszych lat dyskutowali: wszędzie gdzie byli razem toczyli spory. Cecil, podobnie jak Gilbert do Kościoła Katolickiego podążał przez szereg, różnego rodzaju doświadczeń. Był członkiem Towarzystwa Fabiańskiego, partii torysowskiej w jej socjalistycznym wydaniu, założył gazetę "Eye-Witness" (która jako jedyne medium obnażała korupcję i chciwość arystokratów i polityków), potem wyruszył na Wielką Wojnę i zginął na jej polach. Gilbert wspomina brata jako jednego z najwierniejszych kompanów życia oraz jako wzór cnotliwości i wolności.
Czas błazenady i Ojca O`Connora
Chesterton, pisząc swoją biografię, opisuje nam (jak już zasygnalizowałem wcześniej) stan rozwoju własnej osobowości, nie przez chronologiczne wydarzenia, ale poprzez relację z drugim człowiekiem. Można pokusić się o stwierdzenie z filozofii dialogu, że Gilbert doświadczał na każdym kroku spotkania "twarzą – w – twarz" (Levinas). Czytając jego historię w perspektywie filozoficznej jesteśmy w stanie zrozumieć fascynację Gilberta takimi sprawami jak: spirytualizm (pracował jako dziennikarz w wydawnictwie kolportującym treści spirytualistyczne), socjalizm i liberalizm, aż wreszcie katolicyzm. Chesterton posiadł dokładną, pełną wiedzę na temat wszelkich idei, nurtów kulturowych i społecznych, więc nigdy nie dał się wciągnąć emocjonalnie i wolitywnie w sidła jakiejkolwiek ideologii, do czasu, aż doszedł do Kościoła Katolickiego, w którym odnalazł nie idee ale Słowo, Prawdziwy Sens wszelkiego jestestwa.
Z tych wszelkich doświadczeń najważniejsze było jednak to, że spotykał ludzi. On ich po prostu kochał.

Londyn początku XX wieku był siedliskiem najrozmaitszych bohem artystycznych, nurtów ideologicznych i religijnych, po których Chesterton poruszał się jak ryba w wodzie. Nie opuszczał najważniejszych wystąpień politycznych, artystycznych, naukowych. Był zawsze tam gdzie są ludzie, ich marzenia, chore wyobrażenia czy czujne spojrzenia. "(...) nigdy, nawet na tym pierwszym etapie mglistego sceptycyzmu – wspomina – nie traktowałem zbyt poważnie współczesnych teorii, że zło jest relatywne, a grzech – nierzeczywisty. Być może dlatego stałem się ostatecznie pewnego rodzaju teoretykiem określonym jako optymista. Byłem bowiem jednym z nielicznych w tym diabolicznym świecie, którzy naprawdę wierzyli w diabły". Optymizm Chestertona wiązał się niewątpliwie z kulturą życia – ukochaniem życia ponad wszystko. To ewangeliczna nauka o życiu, przywiedzie go do strumieni życiodajnej wody, wypływającej z Krzyża Chrystusowego, który tak często pojawiał się w Jego powieściach.
Chesterton był osobą wszechstronną – tak w skrócie można opisać tą wielką postać (w dosłownym słowa znaczeniu, wielką): był agitatorem partii liberalnej, opowiadał się za Burami podczas wojny angielsko-burskiej w Afryce, żarliwie sympatyzował z powstającym na początku XX wieku patriotyzmem irlandzkim, jako dziennikarz "Daily News" wszczynał (dosłownie) debaty o patriotyzmie, imperializmie (którego nienawidził z całego serca), pacyfizmie (którym gardził), podczas Wielkiej Wojny (Pierwszej Wojny Światowej) pisał depesze propagandowe zrzucane na kraje toczące wojnę z Prusami. A wszystko to po to, by móc przebywać wśród ludzi. Poznał na swojej drodze najrozmaitsze osobistości: Winston Churchill, Henry James, ks. Ronald Knox, Bernard Shaw, Will Yeats, Georg Wells i wielu innych. Czytając "Autobiografię", jego ukłon w stronę tych postaci, dowiadujemy się o czymś, czego trudno szukać w pamiętnikach, kronikach Anglii początku wieku XX. Barwa, z jaką opisuje (niby zwykłe zdarzenie, jak spacer po Notthing Hill) ukazuje nam świat baśni a jednak tak realny, że można go dotknąć i posmakować. Tak opisuje na przykład postać Yeatsa : " Oto pośrodku tego ponurego materialistycznego świata przechadzał się spokojnie Willie Yeats – człowiek, który rozmawiał z elfami. Yeats symbolizował oczarowanie, a Hankin rozczarowanie. Mnie jednak radował szczególnie ów instynkt walki, który sprawiał, że Irlandczyk tak mocno i niewzruszenie trwał przy swoim zdaniu". Dla Gilberta najważniejsza była wierność swoim przekonaniom i jakże jeszcze większe bohaterstwo - przyznanie się do błędu. Był bardzo mocno wyczulony był na hipokrytów, czy to politycznych, artystycznych czy religijnych. Przyznawał szczerze: " Z pewnością uchybiłem miłości bliźniego, bo rzeczywiście nie lubiłem niektórych teozofów. Ale nie dlatego, że wyznawali błędne doktryny, bo ja sam nie wyznawałem żadnych, albo że nie mieli nic wspólnego z chrześcijaństwem, bo mogliby się powołać (między innymi) na chrześcijaństwo znacznie pewniej niż ja sam. Nie lubiłem ich, bo mieli małe świecące oczka i cierpliwe uśmiechy na twarzach. Ich cierpliwość polegała głównie na oczekiwaniu, by inni wznieśli się na duchowy poziom, który oni już osiągnęli". Dosłowność i ironiczność takich sądów, jest wizytówką języka Chestertona.
Gilbert powoli, poprzez poznawanie na własnej skórze, teozoficznych odprysków katolicyzmu, zmierzał do bram Nowego Jeruzalem, czyli Domu Ojca, do Kościoła Katolickiego. Warto ten moment, w jakim znalazł się Chesterton przywołać: "Nie było żadnego Kościoła teistycznego, nie było żadnego bractwa teozoficznego, nie było żadnych towarzystw etycznych, nie było żadnych "nowych religii". Widziałem tylko Izraela rozproszonego po górach jak stado owiec niemających pasterza. Widziałem też, jak wiele z tych beczących owiec biegało na wszystkie strony w poszukiwaniu pasterza, gdziekolwiek tylko miało nadzieję go znaleźć. (...) Zacząłem lepiej poznawać ogólną teologię chrześcijańską, której wielu nie cierpiało, a tylko nieliczni badali. Szybko się przekonałem, że rzeczywiście odpowiada ona wielu doświadczeniom życia i że nawet jej paradoksy odpowiadają paradoksom życia".

W ostatnim rozdziale "Autobiografii", pt: " Bóg ze złotym kluczem" Chesterton ogołaca swoje wszelkie doświadczenia, które dzięki jezuicie Johnie O`Connorze stały się zaczynem do nawrócenia. Ten jezuita stał się protoplastą księdza Browna, jednego z głównych bohaterów powieści Chestertona. Podobnie jak ksiądz O`Connor, tak i wiele innych postaci oraz miejsc, które osobiście poznawał, stało się wzorem dla takich opowiadań jak, np: "Napoleon z Notthing Hill", "Człowiek, który był czwartkiem", "Kula i Krzyż", "Przygody księdza Browna". Pierwsze namacalne doświadczenie Bożej Opatrzności, Gilbert doznał w... Polsce. Podczas wizyty w naszym kraju, Chesterton odwiedził jeden z dworów pewnego polskiego hrabiego, który po walce z Armią Czerwoną w latach wojny polsko-bolszewickiej, został zrujnowany. Ale to nie pałac z jego roztrzaskanymi i rozbitymi meblami i ornamentami, ale figura Matki Bożej, która była usadowiona za dworkiem, w alei wysadzonej topolami, zrobiła na nim największe wrażenie. Figura Matki Bożej z odstrzeloną głową i ramionami, stała się impulsem do powrotu do Kościoła Katolickiego: "Jej gest wstawienniczy (figura Matki Bożej) stał się jeszcze bardziej wymowny, jako błaganie o litość dla bezlitosnego rodzaju ludzkiego".
Chesterton, zanim został ochrzczony w Kościele Katolickim, od dawna uważał spowiedź za największy sakrament człowieka. Dla protestantów, anglikanów i innych chrześcijan jest to jeden z najbardziej niezrozumiałych i dziwacznych sakramentów. Dla Gilberta od zawsze był istotą najgłębszej miłości Boga skierowaną ku człowiekowi: "Mam nadzieję, że nie zabrzmi to pompatycznie, jeśli nazwę ją (sakrament spowiedzi przyp. Autor) główną ideą mojego życia; nie powiem, że jest to doktryna, którą zawsze głosiłem, ale chciałbym, aby tak było. Chodzi o postawę przyjmowania wszystkiego z wdzięcznością i uznania, że nic mi się należy. Bo sakrament pokuty daje nowe życie i jedna człowieka ze wszystkimi żyjącymi, ale nie tak, jak to czynią optymiści, hedoniści albo pogańscy głosiciele szczęścia. Dar ma swoją cenę i jest uwarunkowany wyznaniem. Innymi słowy, ceną jest Prawda, którą można również nazwać Rzeczywistością. Chodzi jednak o stanięcie twarzą w twarz z prawdą o samym sobie, a nie tylko o innych". Po doświadczeniu człowieka i jego grzeszności w tym zuchwałości i rozpaczy, Chesterton potrafił wreszcie zrozumieć sens Krzyża, i odkupieńczą Śmierć Chrystusa. Wtem narodził się nowy Człowiek, stworzony na obraz i podobieństwo Boga Jedynego.
"Autobiografia" jest świetnie napisaną książką, pełną purnonsensów i humoru. Wyjaśnia nam również, sens wszystkich powieści, napisanych przez Autora. Ale najszlachetniejszą treścią jaką nam zostawia, jest podkreślenie prawdy, że człowiek jest wartością najważniejszą w oczach Boga i innych. Gilbert Chesterton jest wzorem i autorytetem na nasze czasy, piewcą wolności i moralności.
Sebastian Moryń


