Poseł PSL Mieczysław Kasprzak zaproponował, by „bimbający i myślący tylko o swej wygodzie, apartamentach, samochodach i wczasach” bezdzietni kawalerowie i panny płacili wyższe podatki od rodziców. Pomysł podoba się Tomaszowi P. Terlikowskiemu. I choć w kontekście celu, na jaki rzekomo podatek „bykowy” miałby zostać wydany (opieka nad samotnymi staruszkami), może wydawać się on sensowny, to jest to typowe etatystyczne stawianie wozu przed koniem.
Wpływy z podatku bykowego (interesuje mnie, jaką poseł Kasprzak formę dla tego podatku zaproponuje) miałyby pokryć proponowane przez Platformę Obywatelską wydatki na opiekę nad samotnymi osobami w podeszłym wieku. Rzeczywiście, absurdem jest to, że na utrzymanie bezdzietnych kawalerów mieliby łożyć ci, którzy odchowali już, dajmy na to, piątkę dzieci. Ale dlaczego owi samotni staruszkowie nie mają nikogo, kto by się nimi zajął? Krótko mówiąc, dlaczego nie mają dzieci?
Nie tylko dlatego, że posiadanie potomstwa stało się w pewnych kręgach niemodne, ale w dużej mierze dlatego, że współczesne rodziny na dzieci po prostu nie stać – a przynajmniej tak im się wydaje. Wiele małżeństw zwyczajnie przed planowaniem potomstwa kalkuluje, czy będą mogli zapewnić mu wyżywienie, ewentualnie leki, nawet jeśli ubranka będą miały po starszym rodzeństwie. Poza wydatkami mamy jeszcze nierzadko do czynienia z sytuacją, w której ciężarna nie może liczyć na zwolnienie chorobowe w trakcie ciąży i macierzyński po rozwiązaniu, gdyż m.in. wysokie koszty pracy powodują, że umowa o pracę stała się prawdziwym luksusem. Jeśli stan zdrowia ciężarnej, lub warunki wykonywanego zawodu nie pozwalają na prowadzenie przez nią pracy zarobkowej, ojciec musi całą rodzinę utrzymywać sam.
Nawet jeśli ktoś będzie w stanie ze strachu przed wyższymi podatkami począć dziecko, to świadomość tych wszystkich kosztów może skutkować jako niezawodny środek antykoncepcyjny. Krótko mówiąc, bykowe musiałoby być naprawdę wysokie (40 proc. dochodów?), lub przyjąć formę jakiegoś drastycznego podatku majątkowego, by mogło odnieść pozytywny skutek dla demografii. Jednak gwarantuję, że w takiej sytuacji mielibyśmy do czynienia z masową ucieczką „bimbających” do szarej strefy.
Problemem Polski nie jest to, że wybrane grupy społeczne płacą za niskie podatki, ale to, że wszyscy płacimy podatki za wysokie. Odbija się to szczególnie na rodzinach, ale nie jest prawdą, że tylko one ponoszą ciężar utrzymania naszego kochanego Lewiatana. Proponuję więc, by zatroskani polską demografią nie pomagali Donaldowi Tuskowi i Jackowi Rostowskiemu w szukaniu innych, prócz wyższego VATu, podatku bankowego (pomysł PiS, ale i Grzegorz Schetyna chce się nad nim powaznie zastanowić) sposobów udawania, że robią coś, by uratować polskie finanse publiczne. Niech rządzący wyjmą ręce z naszych kieszeni i zajmą się, być może często niepopularnymi, cięciami. I piszę to jako osoba, której bykowe by nie objęło.
A rodzicom dadzą w spokoju zarabiać na utrzymanie i wychowanie swojego potomstwa.
Stefan Sękowski
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »

