- Niestety przyjmowanie perspektywy zwierzęcia wciąż jest rzadkie – przekonuje na łamach „Krytyki Politycznej” Dariusz Gzyra. I podkreśla, że w dyskusji powinien przebić się głos zwierząt, które „postawione przed możliwością wyboru zawsze i bezbłędnie wybiorą życie – zarówno ponad nóż trzymany przez uduchowionego rzezaka, jak i pistolet bolcowy znieczulonego rutyną pracownika rzeźni”.
„Zawężenie rozważań do metodyki rzezi byłoby dogłębnie niesprawiedliwe. Tak niesprawiedliwe jak pozostanie w kręgu dywagacji, w jaki sposób lepiej krzywdzić każdą inną, dowolnie wybraną grupę słabszych, wykluczonych, pozbawionych praw” - oznajmia Gzyra. Ale żeby nie było wątpliwości nie chodzi o dzieci, ale o krowy, świnki i kurki, które dla lewicy są o wiele więcej warte niż ludzie.
I dlatego to, co razi lewicowców w ustach obrońców życia, którzy mówią o Holokauście nienarodzonych, nie razi ich w ich własnych ustach, gdy mówią o „zwierzęcym Holokauście”, który obejmuje nawet... ryby. „Na szczęście więc padły publiczne zarzuty również wobec nas samych i naszych cywilizacyjnych zdobyczy chowu przemysłowego i przemysłowej rzezi, które wielu nazywa zwierzęcym holocaustem. Wspomniano choćby o rybołówstwie, w ramach którego nie ma mowy o ogłuszaniu miliardów zwierząt, wedle współczesnego stanu wiedzy naukowej zdolnych do odczuwania bólu i stresu” - oznajmia.
Pochylanie nad cierpieniem ryb, kurczaków i innych stworzeń oczywiście godne jest szacunku. Szkoda, że lewica patrząca na świat oczami zwierząt, nie jest w stanie spojrzeć na nie oczami ludzi na prenatalnym etapie rozwoju.
TPT/Krytykapolityczna.pl
