W czwartek w warszawskim kinie Luna odbył się przedpremierowy pokaz filmu „Czarny Czwartek”. Spotkanie zorganizowane zostało przez Warszawskie Centrum Innowacji Edukacyjno–Społecznych i Szkoleń. O filmie oraz wrażeniach, jakie wywołuje, portalowi Fronda.pl mówi Piotr Dmitrowicz, jeden z uczestników wczorajszego pokazu.
Piotr Dmitrowicz, nauczyciel historii, dziennikarz Polskiego Radia: Oglądając film „Czarny Czwartek” siedziałem jak wmurowany. Ten film rzucił mnie na kolana swoim realizmem. Czułem się, jakbym oglądał bardzo dobrze zrobiony film dokumentalny. Odczucie to potęgowała obecność fragmentów archiwalnych zdjęć, które są np. w archiwach IPN. Fragment, w którym tłum niesie trumnę ze Zbigniewem Godlewskim, został bardzo sprawnie wkomponowany w obraz Antoniego Krauze. Były sceny, które robiły niesamowite wrażenie. Chyba największe zrobiły na mnie te z pogrzebu ofiar masakry z 1970 roku. Ten fakt jest bardzo słabo znany. A ludzi tych chowano w okropnych warunkach. Funkcjonariusze jeździli w nocy do rodzin zabitych, wyciągali je z domów i kazali natychmiast grzebać zmarłych. Mnie jako historyka ten film powalił.
Film pokazuje również bardzo dobrze ludzi – niestety, nie wszystkich – odpowiedzialnych za tę masakrę. Jest świetna scena, w której Zenon Kliszko (w tej roli Piotr Fronczewski) mówi, że jak będzie trzeba to władza będzie strzelała do manifestujących, bo to jest kontrrewolucja, że wojsko zrzuci bombę na stocznie. To samo mówi potem Gomułka. Jednak mam wrażenie, że stronie władzy należało poświęcić w tym filmie trochę więcej czasu. Brakuje w tym obszarze kilku rzeczy, między innymi wątku dotyczącego roli Wojciecha Jaruzelskiego w całej sprawie. Podejrzewam, że ze względu na ograniczenia czasowe nie udało się wszystkiego pokazać. Może dobrym rozwiązaniem byłyby napisy końcowe, mówiące, że ludzie, którzy odpowiadają za tę masakrę, nie ponieśli żadnej odpowiedzialności. To byłaby dobra klamra zamykająca ten obraz.
„Czarny czwartek” w sposób bardzo dobry pokazuje również warunki życia tamtego okresu, marność PRL-owskiej codzienności. Żona bohatera kupuje kawałek salcesonu i smalcu w sklepie, ba na nic innego jej nie stać, muszą pożyczać pralkę od sąsiadów. Film pokazuje masę rzeczy, które dla młodych ludzi są jak bajka o żelaznym wilku.
Film Krauzego na pewno będzie przydatny w edukacji historycznej młodych ludzi. Jednak trzeba na niego pójść po wcześniejszym porozmawianiu o nim. Potem też trzeba go „przegadać”. Inaczej może być niezrozumiały, a na pewno nie wszystkie wątki uczniowie odczytają w sposób odpowiedni. Jednak, jeśli nauczyciele go dobrze omówią, myślę, że może pomóc uczniom w nauce.
Obecny na pokazie prof. Jerzy Eisler powiedział, że jest to najlepszy film historyczny, jaki powstał w Polsce. Użył określenia, że to jest fabularny film dokumentalny i że w sposób bardzo pieczołowity pokazuje masakrę z 1970 roku.
Not. żar
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »

